Czy w polskim kinie jara się blanty?

Zwykły wpis
'Usta, usta'

‚Usta, usta’

(artykuł ze ‚Spliffa’ #53) We współczesnej kinematografii, a w szczególności w nowych popularnych serialach, obecność nielegalnych używek z marihuaną na czele jest już normą.

Do tego stopnia, że pojawienie się w nich skręta w charakterze rekwizytu nie robi już na nikim wrażenia, nikomu też nie przychodzi do głowy by przypinać im tylko na tej podstawie łatkę „produkcji o ćpunach”. Ot, po prostu, razem z innymi używkami, marihuana pełni obecnie zwykle rolę uwiarygadniającego obraz realiów elementu tła, bądź emblematu – znaku co bardziej „wyluzowanych” postaci. Oczywiście zachodnia kinematografia dorobiła się osobnego (pod)gatunku stoner movie (o którym szerzej piszę tutaj), skupionego głównie wokół smażenia lolków, jednak poza tą niszą we współczesnym kinie marihuanę może palić niemal każdy, nie zyskując automatycznie łatki wykolejeńca, stonera, bądź outsidera. A jak to wygląda w rodzimych produkcjach?

Oczywiście jeśli chodzi o obecności gandzi we współczesnych (przed 1989 temat praktycznie w kinie nie istniał, więc i tu go pomijam) polskich filmach i serialach, pierwsze co przychodzi do głowy to powielanie koszmarnych stereotypów w pakiecie z zacięciem dydaktycznym, słowem – przeniesienie na plan fabularny wymowy dokumentalnego Ziela śmiechu i łez (S. Wolny, 2003). Przed oczyma stają mdlejącej Bożenki z Klanu, w ostateczności wiecznie zjarany Laska z Chłopaki nie płaczą (O. Lubaszenko, 2000). Cóż, własnego Pineapple Express, czy od biedy Harolda i Kumara prędko się chyba nie doczekamy. Nie oznacza to jednak, że trawka na rodzimych ekranach nie pojawia się w ogóle. Szczególnie ostatnio jej palacze (a według ostrożnych szacunków może być nas dobrze ponad milion…) doczekują się pewnej, co prawda skromnej, reprezentacji.
Jak wiemy aż za dobrze – palaczy gandzi ciężko nazwać jednolitą grupą. Czy jej obraz w polskim filmie oddaje tę różnorodność? Wbrew pozorom – staje się on powolutku coraz bardziej zniuansowany. Zacznijmy jednak od najbardziej stereotypowych, a jednocześnie najbardziej krzywdzących przedstawień palących.

Patologie 

Do pewnego momentu właściwie jedynym kontekstem w którym na rodzimych ekranach pojawiali się palacze trawki był ten najmniej uzasadniony, mocno uproszczony i z grubsza nieprawdziwy. Uzależnienie, problemy z prawem, w najlepszym razie – jednorazowy groźny wybryk; konsument marihuany stanowił po prostu figurę narkomana jako takiego. Takie utożsamienie umożliwiało posłużenie się przestarzałym (i zdyskredytowanym naukowo) wytrychem „teorii przejścia”, w myśl której sięgający po jakikolwiek nielegalny narkotyk niechybnie skończyć miał na braniu heroiny. Najpierw trawka, później strzykawka. W myśl tej zasady staczali się na dno bohaterowie Że życie ma sens (G. Lipiec, 2001), w sposób „naturalny” uzupełniając opalane na ławce przed blokiem lufki kolejną rodzimą specjalnością – Władkiem. Choć film dotykał realnie istniejących problemów, jego quasi-dokumentalny styl stanowił broń obosieczną, umacniając stereotyp ćpuna z nizin społecznych, dla którego marihuana jest tylko kolejnym z narkotyków służących do zabijania codziennej nudy.
Podobny los jak osiedlowych palaczy z filmu Lipca, spotykał Sylwusia Miauczyńskiego (Wszyscy jesteśmy Chrystusami, M. Koterski, 2006), który płynnie przeszedł od poczciwej gandzi do „twardych”, a jego nałóg, tyleż zgrabnie, co upraszczająco, zrymowano z alkoholizmem jego ojca. W tym przypadku sprawę komplikowała dodatkowo pozafilmowa osobowość odtwórcy tej roli:  „Miśka” Koterskiego, którego medialny wizerunek typowego stonera może i dobrze współgrał z kreacją Sylwusia, ale jednocześnie uwiarygadniał mit równi pochyłej na którą wkraczać miałby z automatu palacz gandzi.

Wspomnieć jeszcze należy o przypadkach w których dydaktyka filmowców sprowadza się jedynie do pokazania mrożącego krew w żyłach „pierwszego kroku”, szczęśliwie bez dalszych konsekwencji dla zażywającego. Klasycznym przykładem była konsumpcja blanta przez Bożenkę z Klanu (1997 – ). W odcinku z 2006 roku nastolatka kupuje od podejrzanego kolegi skręta i pali go gdzieś na klatce. Konsekwencje są opłakane – biedactwo blednie jak prześcieradło, osuwa się na ziemię, a z nosa leci jej krew. Jeśli ktoś miałby jeszcze wątpliwości co do zabójczego chwasta, to pozbawi go ich pogadanka Rysia, który zbijając argument, „że to tylko skręt”, tłumaczy Bożence (i widzom), fatalne konsekwencje zażywania narkotyków w ogóle. W serialach groza trawki utrzyma się jeszcze przez wiele lat – straszy ona jeszcze w M jak Miłość (2000 – ), w którym nie tylko przepełniona grozą muzyka anonsowała jej palenie (prawego Pawełka kusi podejrzany Mareczek), ale widzieliśmy też poważne konsekwencje prawne samego jej posiadania. Serialowa edukacja okazała się skuteczna – w efekcie, gdy grupka mieszkających razem bohaterów Wawa non stop (2013 – ) znajduje u jednego ze współlokatorów wór podejrzanego zielska bez wahania spuszcza go w toalecie. Tak trzymać!

Ekscesy
Obśmianie przykładów zrównywania kontaktu z marihuaną z patologią o niewesołym kresie jest tyleż łatwe, co w gruncie rzeczy jałowe. Znacznie bardziej problematyczna jest kolejna grupa przedstawień, w której zapalenie trawki nie skazuje może na wieczne potępienie i krwotok z nosa, wciąż jest jednak czymś nieco wywrotowym, z gruntu „niegrzecznym”, zakazaną przyjemnością. Biorąc pod uwagę obecny stan polskiego prawa – przynajmniej z tym ostatnim znaczeniem niewinnego skręta nie sposób się nie zgodzić. Opłakany stan prawodawstwa nie znaczy jednak, że każdy kto w filmie sięgnie po spliffka automatycznie będzie utożsamiany z buntownikiem, albo przynajmniej osobą rozchwianą – o tym, że tak nie jest zaświadczą dalej przykłady bardziej liberalnych przedstawień. Chwilowo jednak przyjrzyjmy się tym, dla których sięgnięcie po blanta jest małym grzeszkiem, popełnianym przy okazji zawirowań życiowych.
W naturalny sposób sięga po skręta w akcie butu tak zwana młodzież. [Przy okazji – nie trzeba chyba przypominać, że zażywanie jakichkolwiek używek przez nieletnich nie jest fajne? No.] Prezentowany przez nią model konsumpcji, nawet jeżeli byłby pozbawiony otoczki imprezowej (a tak się praktycznie nie dzieje), i tak nosi znamiona czynu wywrotowego – właśnie z racji wieku bohaterów. Dlatego też palenie gandzi tak dobrze pasuje do rozpasanej beztroski bohaterów Hardkor Disko (K. Skonieczny, 2014), czy Bejbi Blues (K. Rosłaniec, 2012). Jakieś jointy w tle przewijają się też w Sali Samobójców (J. Komasa, 2011; przy okazji – za wielkie niedopatrzenie uważam, że w Mieście 44 wyluzowani powstańcy nie odpalili ani jednego bonga!). Warto zauważyć, że we wszystkich tych wypadkach palenie gandzi jest nierozerwalnie splecione z innymi, powiedzmy, zachowaniami problemowymi bohaterów – i jako takie, prezentowane jako kolejny „wybryk” nieletnich bohaterów.
ciąg dalszy na kolejnej stronie
Tego typu moralizatorskie podejście szczególnie widoczne jest w filmie Rosłaniec, jeżeli tylko poskrobać nieco jego efekciarską, wyluzowaną otoczkę.
Nie oznacza to bynajmniej, że z paleniem trawki traktowanym jako wyskok mamy do czynienia jedynie w filmach o młodzieży. Polskim twórcom zdarza się też włożyć skręta do ręki rozchwianym dorosłym. Zdaje się, że takie wywrotowe zachowania towarzyszą stanom załamania nerwowego, osobliwie dotykającego młodych, dobrze zarabiających profesjonalistów.

Wiadomo – stołeczna rozpusta. Zgodnie z tą logiką skręt mignie gdzieś pomiędzy twardymi dragami już w Egoistach (M. Treliński, 2000), gandzia jako komediowy rekwizyt pojawia się też w pijackiej eskapadzie prostaków z Kac Wawy (Ł. Karwowski, 2012). Można mieć za to wątpliwości co do jej roli w inteligentnych, wyważonych 33 scenach z życia (M. Szumowska, 2008). Z jednej strony skręt funkcjonuje tam jako czytelny znak, emblemat artystycznego środowiska głównej bohaterki, element lifestyle’u. Z drugiej – z całą pewnością pojawia się w momencie emocjonalnego kryzysu Julii, który odreagowuje imprezowaniem, przypadkowym seksem, i właśnie – marihuaną. Cóż, pewnie bywa i tak. Trzeba jednak zauważyć, że choć wciąż funkcjonuje tu jako eksces, bądź przynajmniej znak ekscentryczności, joint w filmie konsekwentnie konstruującej swoją liberalną i światową personę medialną Małgośki Szumowskiej nie przykuwa specjalnie uwagi, jeśli coś w nim uderza, to właśnie jego… zwykłość i naturalność w przyjętym kontekście. Ale o tym za chwilę…

Polski stoner?

Zanim przejdę do bardziej wyważonych portretów palaczy gandzi, warto by się jeszcze zastanowić, czy dopracowaliśmy się własnej wersji bohatera, dla którego skręt ani nie oznacza przypiętej łatki ćpuna, ani nie jest jednorazowym wybrykiem, czy tylko nastoletnim gadżetem. Zachodnia komedia wypracowała bowiem taki model postaci, dla której palenie jointów jest podstawowym elementem charakterystyki, choć nie ma w sobie nic z niebezpiecznego ekscesu – stonera. Szerzej piszę o nim tutaj.
W przypadku polskiej kinematografii ciężko mówić o jakimś szczególnym zniuansowaniu postaci stonerów (które ma miejsce w zachodnim nurcie filmów „pod chmurkę”), ale jak najbardziej się one pojawiają. Przede wszystkim mowa tu – oczywiście – o Lasce z Chłopaki nie płaczą, który jest charakteryzowany przez Oskara słowami, które mogłyby służyć jako definicja tego typu postaci w ogóle: „Co u niego? To samo – jeździ na desce i pali jointy”. Sam Laska jednak okazuje się, jak to często bywa, może i abnegatem, jednak obdarzonym niebanalnym podejściem do życia i złotym sercem. Zaś jego monologi o królu sedesów i ambasadorze w typie Tony’ego Halika przeszły do kanonu polskiej komedii.

Polski stoner - Stopklatka (Antoni Królikowski)  z filmu Wkręceni 2

Polski stoner – po lewej „Stopklatka” (Antoni Królikowski) z filmu Wkręceni 2

Spokojnie można uznać, że Laska jest wzorcem polskiego kinowego stonera, tak mocno utrwalonym, że ciężko mu dorównać. Może więc dlatego tych parę innych przykładów zapalonych użytkowników, choć dzieli z Laską refleksyjne podejście do życia, wywodzi się z innych, chyba nieco bardziej inteligenckich środowisk. Mamy więc łagodnego filozofa Radka z Alei Gówniarzy (P. Szczepański, 2007), wrażliwych outsiderów z Dziewczyny z szafy (B. Kox, 2012), czy absolwenta bibliotekoznawstwa, który nawet pozwala sobie na małą antyprohibicyjną tyradkę (Wkręceni 2, P. Wereśniak, dla porządku dodajmy jednak, że sam aktor ogrywający stonera „Stopklatkę” przed posądzeniem o kontakt z z marihuaną broni się rekami i nogami). Czyżby polską wersją stonera miał być upalony humanista bez sensownej pracy? To by się zgadzało… Ale dość już o mnie.

Przerwa na uśmiech

W zachodnich stoner movies tytułowy jaracz pojawia się zwykle w kontekście komicznym, zresztą większość tych filmów jest po prostu komediami – bez żadnych gatunkowych domieszek i niespodzianek. W przypadku rodzimych produkcji trudno mówić o jakiejś prawidłowości – stonerów jest w nich zwyczajnie za mało. Niedostatek zaawansowanych konsumentów, a co za tym idzie – humoru opartego na charakterach, nie oznacza bynajmniej by zaniedbywano komediowy potencjał gandzi w ogóle. Inna sprawa, że są to zwykle żarty nienajwyższych lotów, w dodatku, delikatnie mówiąc, nie pierwszej świeżości. Możemy więc porechotać z grubego policjanta raportującego na wizji akcję zniszczenia plantacji konopi indyjskich poprzez jej spalenie (Ciacho , P. Vega, 2010), nauki angielskiego po paru buchach (Job, czyli ostatnia szara komórka, K. Niewolski, 2006), czy generycznych żarcideł o dziwacznych halucynacjach po konsumpcji (znowu Wkręceni 2).
Interesujący wydaje się za to komediowy wątek w serialu Usta, usta (2010 – 2011):  Lena postanawia ulżyć swojej teściowej w bezsenności, zabiera ją więc do podejrzanej speluny w której groźny boss bez problemu opyla starowince wór kolumbijskiej siejki (za pięć dych w promocji). Starsza pani pali jointa kryjąc się przed synem, po czym od razu łapie gastro. Całość do obejrzenia tutaj. Choć żarciki nie są tu jakoś specjalnie odkrywcze, warto zwrócić uwagę na to, że w serialu (w gruncie rzeczy pogodnej obyczajówce) pokazano samą konsumpcję bez cienie potępienia moralnego, a nawet – co jest unikatowe! – zwracając słusznie uwagę na medyczny potencjał marihuany.

Jeśli mowa o komediowym potencjale gandzi, nie sposób też nie wspomnieć o Bułgarskim pościkku (Z. F. Skurcz, 2001). Jak wiadomo, wszystkie filmy Skurczów fantastycznie dopełniają się z buchem, w tym przypadku zaś walka z handlem marihuaną dodatkowo napędza, khem… fabułę. W charakterystycznej stylistyce topornej parodii możemy oglądać tu transakcję narkotykową („Najlepszy, najmocniejszy towar! Wart 120 milionów… złotych!”), czy zdrową bekę z propagandowego straszenia trawką.
Skoro już się pośmialiśmy, pora przejść do nieco bardziej poważnych przedstawień palaczy.

Lajfstajl

bohaterki 'Jak się pozbyć cellulitu' nie palą może w najwydajniejszy sposób, za to skutecznie...

bohaterki ‚Jak się pozbyć cellulitu’ nie palą może w najwydajniejszy sposób, za to robią to skutecznie…

Na szczęście oprócz straszenia ponurymi konsekwencjami, efekciarskiego epatowania, czy konstruowaniu utożsamianych całkowicie z konsumpcją używki stonerów, polskie kino potrafiło w ostatnich latach zaprezentować nieco bardziej wyważony wizerunek konopi. W filmach, których podejście do trawki zbiorczo nazywam „lajfstajlowym”, pełni ona tylko (i aż!) rolę rekwizytu uwiarygadniającego przedstawienie realiów. I właśnie w roli takiego znaczącego tła wypada gandzia najlepiej.
Oczywiście – zgodnie z pewnym stereotypem – skręty wciąż pasują bardziej środowiskom wielkomiejskim, postępowym, inteligenckim, względnie młodym… Dlatego od wspólnego spliffka znajomość rozpoczyna para warszawskich gejów w Płynących wieżowcach (T. Wasilewski, 2013, ten film jest wart uwagi także z tego powodu, że udaje mu się w hipnotycznej sklejce montażowej odtworzyć naturę bycia zjaranym – zerknijcie na sekwencję wyjazdu z podziemnego parkingu), jointa zapali bezproblemowo właścicielka galerii sztuki (Warsaw by night, N. Koryncka – Gruz, 2014), czy młode, dobrze zarabiające profesjonalistki (Jak się pozbyć cellulitu, A. Saramonowicz, 2011). Ten ostatni  przykład jest o tyle ciekawy, że bez specjalnego skrępowania przedstawia palące blanty same kobiety (z reguły filmowymi konsumentami są mężczyźni), a także – w innej scenie – wyśmiewa prastary dragowy stereotyp palenia skórek od bananów. Warto też zwrócić uwagę, że filmy, w których jointy pełnią de facto rolę mało istotnej, ale klimatycznej, dekoracji, najwierniej, bez komediowej przesady, oddano także rezultaty ich konsumpcji – zaczerwienione oczka Izy Kuny w Warsaw by night, czy błogi relaks w spa pań z Jak się pozbyć… świadczą o tym najlepiej.
Bodaj najlepsze i najbardziej wyważone występy na drugim (albo i trzecim…) planie zalicza trawka w dwóch fabularnych filmach Leszka Dawida – do pewnego czasu przede wszystkim sprawnego dokumentalisty. Moim ulubionym przykładem jest Ki (2011), w której gandzia przed obiektywem… w ogóle się nie pojawia! Tytułowa Ki (Roma Gąsiorowska) miała niewielki wyrok za posiadanie, natomiast wrażliwość widza jest kierowana w taki sposób, że ta plama na życiorysie w żaden sposób nie dyskredytuje jej moralnie, wypomina ją jej zaś tylko dość obrzydliwa postać pracownika opieki społecznej – reprezentanta Systemu (Globisz). Trudno o zgrabniejszą grę z motywem trawki – otrzymujemy tu zarazem wymowną (choć subtelnie podaną) krytykę prohibcji jak i charakterystykę bohaterki (dla której ta wpadka jest tylko jednym z wielu drobnych nieogarów), sama zaś wzmianka trwa nie dłużej niż pół minuty, nie narzucając tonu „opowieści o podnoszącej się narkomance”, czy podobnej bzdury. Ten drobny motyw z trawką jest zresztą tylko jednym z wielu drobnych „klocuszków” z których budowane jest wiarygodne tło społeczne filmu. Innym swietnym przykładem w filmografii Dawida jest oczywiście Jesteś Bogiem (2011). W biograficznym filmie o Paktofonice trudno nie pokazać palenia zioła – tu jest jednak ono po prostu tłem, w tak dalekim stopniu, że konkretnych scen z blantam wręcz się nie pamięta, co chyba stanowi wymowny komentarz do uproszczonego obrazu kultury hip-hipowej, jaki serwuje nam stereotyp.

Oczywiście tak scharakteryzowanej opcji „lajfstajlowej” można zarzucić krzywdzącą wybiórczość – że sprowadza skręty tylko do roli gadżetu dla stołecznej klasy średniej. Jasne – sam chętnie zobaczyłbym film, w którym jointa po pracy pali konserwatywna pani domu w Radomiu, czy proboszcz małej parafii na wsi. Usprawiedliwieniem dla tej ślepej plamki w oku filmowców niech będzie póki co po prostu stosunkowo mała filmów z liberalniejszym podejściem do trawki. Można też uważać, że wątek „lajfstajlowy” jest mdły i nijaki, że banalizuje gandzię, że w państwie o tak surowym prawie przydałby się mocny, jednoznaczny film o bezwzględności prohibicji. Pewnie i tak. Jeden. Na dłuższą metę zaś może i lepiej byłoby, gdyby używki w kinie pozostały dopełnieniem tła, a nie przedmiotem ekscytacji, nie uważam, by polskim nastolatkom jakoś szczególnie potrzebny do życia byłby rodzimy odpowiednik efekciarskich, imprezowych Skinsów. Naprawdę wolałbym za pół wieku oglądać jakiegoś wnuka oryginalnych Lubiczów palącego jointa na spacerze w 10364 odcinku Klanu, czy innej nudy.
Zanim to się jednak stanie, pewnie będzie musiało przez Polskę przetoczyć się jeszcze wiele świętoszkowatych seriali z omdleniami od gandzi, może kilka rodzimych głupawych stoner movies, może kilka wściekłych i efekciarskich filmów o kopcącej loIki wielkomiejskiej młodzieży…
Jednak póki co, cieszy mnie tych kilka filmów, w których gandzia jest nudnym rekwizytem, banalną bohaterką drugiego planu. Bo – umówmy się – czy ona jest czymś więcej?

Stoner movies

Zwykły wpis
Jeff-Spicoli-with-a-plastic-bong(Artykuł pierwotnie ukazał się w ‚Spliffie’ nr 50)

Każdy kto kiedykolwiek po przedłużonej sesyjce ze spliffem usiłował wraz z kumplami skoordynować jakiekolwiek działania poziomem komplikacji przekraczające zaparzenie herbaty wie w jak epickie przedsięwzięcie potrafią się zmienić już zamierzenia tak złożone jak zamówienie pizzy, uruchomienie filmu i otworzenie piwka. A jeżeli do tego nasze plany obejmą przemieszczanie się poza dom na większe odległości – wtedy całość urasta do rozmiarów misji godnej co najmniej krótkiego opowiadania. Albo filmu. Trudności te nie są obce konsumentom konopi pod każdą szerokością geograficzną, nic więc dziwnego, że uniwersalna, a ważka tematyka zmagań z nieogarem nie umknęła uwadze rzemieślników z Fabryki Snów – za których sprawą od końca lat siedemdziesiątych możemy rechotać głupkowato przy kolejnych amerykańskich stoner movies.


tumblr_ljg0g5u0Wx1qg1g7eo1_500

Omówienie zjawiska wypadałoby zacząć od wyjaśnienia zasadniczego rozróżnienia – jeżeli mówimy o stoner movie jako o (pod)gatunku filmowym – to nie mamy oczywiście na myśli po prostu dzieła, które dobrze się ogląda po paru buchach. Ostatecznie wszak w tej kwestii wyobraźnia palaczy nie zna granic i każdy kto odpływał przy Świętej Górze, odjechanych kreskówkach, czy filmach przyrodniczych Davida Attenborougha (polecam!), potwierdzi, że na wizualną zagrychę pod jointa nadawać się mogą dzieła z każdej nieomal szufladki gatunkowej. Co więcej – w tej kwestii łaska palaczy na pstrym koniu jeździ. Stoner movies da się jednak ująć w bardziej tradycyjnych klasyfikacjach i na wzór tradycyjnych gatunków opisać za pomocą powracających motywów, archetypów postaci, powtarzalności miejsc i rekwizytów.

W skrócie – konwencja stoner movie zakłada historię o przeważnie męskiej grupce przyjaciół (w tym sensie można je uznać za odmianę ziomalskiego buddy movie), którzy spędzają razem czas przysmażając blanty i generalnie olewając jakiekolwiek „poważne” zajęcia. Kluczowe dla gatunku hobby głównych bohaterów sugerowałoby szczątkową ilość fabularnych atrakcji (i tak jest w istocie na przykład w Piątku (1995), rozgrywającym się przez większość czasu na ganku jednego z protagonistów), ale z tym problemem scenarzyści radzą sobie zazwyczaj gładko – głównie piętrząc przed stonerami absurdalne przeszkody (od zbiegłego geparda w Harold and Kumar go to the White Castle (2004) po Apokalipsę w This is the End (2013)). W sukurs scenarzystom idzie zresztą sama natura błogiego odurzenia – bohaterowie znajdują się zwykle w takim stanie, że wystarczającym motorem akcji mogą być zadania tak prozaiczne jak zapłata rachunku za elektryczność (Ciastko z niespodzianką (2007)), czy odnalezienie samochodu (Stary, gdzie moja bryka (2000)). Po prawdzie jednak – czegokolwiek nie mieliby dokonać upaleni protagoniści, to ich działania zwykle są tylko pretekstem do przedstawienia szeregu mniej lub bardziej idiotycznych gagów.


adrien brodyKluczowym elementem stoner movie jest jednak, rzecz jasna – sam tytułowy stoner – a w właściwie cała ich galeria. Sama archetypiczna postać palacza marihuany przechodziła co prawda pewne zasadnicze przemiany od lat sześćdziesiątych, gdy na dobre zadomowiła się w popkulturze, jednak najważniejsze jej rysy pozostały właściwie niezmienne. Co do reguły, stoner portretowany był jako życiowy abnegat, zwykle bez pracy, bądź parający się dość luźnym zajęciem, no i rzecz jasna – o więcej niż olewczym stosunku do świata ogólnie uznanych wartości – takich jak higiena, punktualność czy odpowiedzialność. Co interesujące – choć szeregi filmowych stonerów zasilają przedstawiciele wszystkich ras, to zasadniczo trudno wśród nich szukać kobiet – poza nielicznymi wyjątkami (niezapomniana Jane z Ciastka z niespodzianką, drugoplanowa Jodi we Wpadce (2007)) stonerzy to sami faceci.

Jednak poza tymi niezmiennymi, archetypicznymi niemal cechami figura stonera w swoich kolejnych realizacjach przechodziła też pewne przemiany – jako że były one nierozerwalnie związane z samym charakterem stoner movie najlepiej będzie prześledzić je wraz z ewolucją samego podagatunku.


Cheech and Chong. Ojcowie gatunku

Choć już wcześniej można by znaleźć filmy, w których przewijają się postaci – pierwowzory późniejszych stonerów (The Trip Cormana z 1967, Easy Rider (1969) [dygresja muzyczna – upalonego Nicholsona opowiadającego Hopperowi o UFO zsamplował na ‚Adventrues in Foam‚ Tobin], czy nawet Kot Fritz (1972-4)), to niekwestionowanymi pionierami gatunku była para początkujących aktorów – Tommy Chong i Cheech Marin, którzy w 1978 wystąpili w klasycznym Up in  Smoke. Przypominające nieco fabułę Hair perypetie unikającego służby wojskowej bezrobotnego bębniarza Chonga były tylko pretekstem do serii dobrze chyba już znanych wszystkim skeczy – z paleniem jointów z psich odchodów i konstrukcją ciężarówki ze sprasowanej marihuany na czele. Interesująca była przede wszystkim konstrukcja głównych bohaterów – uosabiających w istocie stereotypowe wyobrażenia na temat konsumentów marihuany. Chong to zarośnięty, gapowaty hippis po trzydziestce sprawiający wrażenie jakby nie zorientował się, że epoka Dzieci Kwiatów dawno się skończyła, natomiast rechoczący, rubaszny Cheech zdaje się chodzącym uosobieniem stereotypów na temat leniwych, kopcących sensimillę Latynosów wprost z propagandy Anslingera. Mimo tego przerysowania (a może właśnie dzięki niemu) ogólna wymowa serii wydaje się być raczej kontrkulturowa – na zasadzie konfrontacji tytułowych wesołków z przedstawicielami „sztywnego” społeczeństwa – w tym z organami ścigania.

Up in the Smoke doczekało się licznych kontynuacji, rozrastając się w pokaźną serię, i choć na uwagę obok pierwszej części załuguje właściwie tylko pierwszy sequel (Cheech and Chong’s Next Movie z 1980), to nie da się ukryć, że para jego głównych bohaterów dała początek całej serii kopcących skręty filmowych abnegatów.


Dude

O ile w latach siedemdziesiątych, w epoce kulturalnego backlashu (konserwatywnej czkawki okresu Nixona, rewidującej wolnościowe ideały poprzedniej dekady) palacz marihuany nawet w odrealnionych stoner movies musiał niezawodnie nosić silny sznyt kontrkulturowy (w komplecie ze skołtunioną brodą), o tyle wraz ze słabnięciem antynarkotykowej paranoi możliwym stało się pokazywanie nieco bardziej zwyczajnych konsumentów – w tym licealistów (Dazed and Confused z 1993, u nas znane jako Uczniowska Balanga) i studentów.

W latach osiemdziesiątych zaczyna się też wykształcać figura dude’a – koleżki, może nie w pełni zgranego z rytuałami społeczeństwa, ale też bynajmniej nie kontestującego go otwarcie. Dude w istocie po prostu je zlewa, w czym pomaga mu konsumpcja sporych ilości zioła. Sztandarowego przedstawiciela tego typu odegrał w 1982 nie kto inny, a Sean Penn – wcielając się w rolę wyluzowanego surfera w Beztroskich latach w Ridgemont High. Ten model stonera znalazł liczne kontynuacje, nierzadko w wyśmienitych kreacjach aktorskich – od drugoplanowych rólek Keanu Reevesa (Fantastyczne przygody Billa i Teda (1989)), Matthew McConaughey’a (Uczniowska balanga), czy nawet Brada Pitta (Prawdziwy romans (1993)), po wzorcowego Dude’a Jeffe’a Bridgesa w Big Lebowskim (1998). W filmie braci Coen Dude nie tylko nie jest już godnym politowania looserem, ale dzięki stoickiej postawie ze wszystkich postaci zdaje się najlepiej radzić z chaosem otaczających wydarzeń – na tyle dobrze, by poradzić sobie z agresją niemieckich nihilistów i przespać się z Julienne Moore. No i na koniec – nie trzbe chyba przypominać, że do tej kategorii pasują jak właściwie wszyscy bohaterowie Sprzedawców (1994) na czele z Jayem i Cichym Bobem?


Komedie hip-hopowe

Odrębną, choć dość oczywistą grupą stoner movies są powstające od końca lat dziewięćdziesiątych komedie hip-hopowe, często w gwiazdorskiej obsadzie aktywnych muzyków. Do sztandarowych przykładów należą Soul Plane (2004) ze Snoop Dogiem, How High (2001) (czy ktokolwiek wiedział, że polski tytuł tego dziełka to „Superzioło”?) z Method Manem i Redmanem, czy Piątek (1995) z Ice Cubem. Większość z nich nie oferuje może humoru zbyt wysokich lotów, zamiast tego możemy obserwować niezliczone sceny wymyślnego smażenia jointów, okraszonego niezłą muzyką. Na uwagę zasługuje może ostatni z wymienionych – w którym miejsce epatowania grubymi jointami zajęła interesująca obserwacja czarnego przedmieścia, a bezczynność głównych bohaterów zamiast być przerywana wysilonymi zwrotami akcji stanowiła wartość samą w sobie, nadając filmowi pożądane leniwe tempo.


Nowoczesne stoner movie

Jednak gdy dziś mówimy o stoner movie, zwykle mamy na myśli nowoczesną formę gatunku – wyjątkowo rozbuchane komedie o zawrotnym (szczególnie jak na percepcję palacza) tempie akcji, nierzadko z pewnym przesłaniem moralnym. Początek współczesnej wersji konwencji dały chyba Half Baked, znane u nas jako Żółtodzioby (1998), w których po serii głupawych skeczy związanych z handlem medyczną marihuaną David Chapelle rzuca marihuanę dla wybranki serca… Współczesne stoner movies mają swoje serie – na czele z Haroldem i Kumarem (od 2004) – multietniczną wersją Cheecha i Chonga. Co ciekawe – we współczesnych komediach o palaczach samo palenie stało się tak oczywiste, że praktycznie przestaje być jakimś szczególnym wyznacznikiem tożsamości bohaterów – palą bowiem niemal wszyscy, a tym co wyróżnia protagonistów jest raczej ilość konsumowanej marihuany i wybór związanego z nią stylu życia. Jednocześnie zaś samo zioło przestało być rekwizytem jakoś wyjątkowo kontrkulturowym – weźmy na przykład postać Harolda, który jest palaczem weekendowym, w tygodniu zaś pracuje pod krawatem jako analityk finansowy – rzecz nie do pomyślenia dla stonerów z lat siedemdziesiątych! Popalanie trawki zdarza się nawet wykładowcom uniwersyteckim (jak skuszonemu przez brata-bliźniaka – klasycznego stonera Edowi Nortonowi w Leaves of Grass (2009)), ba! –  mamy nawet film z palącą na potęgę drogówką stanu Vermont (Straż Wiejska (2001)), której ulubionym zajęciem jest straszenie zjaranych małolatów i konfiskata zioła… Cóż, każdy naród ma taką „Drogówkę”, na jaką sobie zasłużył…

Innym wyznacznikiem charakterystycznego dla ostatniej dekady podejścia do stoner movies jest ich przenikanie się z innymi podagatunkami – przede wszystkim (ale nie tylko) komediowymi. Rysy „filmów pod chmurkę” noszą zarówno prześmiewcze teenage slashery (cykl Straszny Film (od 2000), szczególnie druga jego część (2001), Dom w głębi lasu (2012)), komedie (Ali G Indahouse (2002)), komedie policyjne (wspominana Straż Wiejska), a nawet lżejsze filmy obyczajowe (The Wackness (2008)Goats (2012)). Szczególnie mocno stoner movies zrosły się z charakterystycznym, tworzonym przez młodych twórców i obsadzanym przez ich kolegów, nurtem współczesnych amerykańskich lekkich komedii, operujących błyskotliwym dialogiem – takich jak: Wpadka (2007), Boski Chillout (2008), This is the End, czy z niższej półki: Road Trip (2000), Stary, gdzie moja bryka, Freddy got Fingered (2001), czy filmy Gregga Arakiego – filmy te są momentami na tyle do siebie podobne jeśli chodzi o krąg zagadnień, że niemal nieodróżnialne; we wszystkich zaś z nich (może z wyjątkiem Boskiego Chilloutu) marihuana nie pełni już roli fetyszyzowanego ośrodka wydarzeń – stanowi za to niemal neutralne, obyczajowe tło. Trudno o lepszy komentarz do zmieniającej się stopniowo roli marihuany, przynajmniej w cywilizowanych społeczeństwach zachodnich. Kto wie, może w czterdzieści lat po faktycznej legalizacji w Kolorado, stoner movie będą pełniły rolę uroczych ramotek kręconych dla emerytów?


Z punktu widzenia amatora marihuany, bądź przynajmniej zwolennika jej dekryminalizacji pozostaje tylko pytanie o faktyczną funkcję stoner movies w popkulturze. Z jednej strony bowiem – stopniowo łagodzą one wizerunek konopi, mocno nadszarpnięty przez lata moralnej paniki i wojny z narkotykami. Szczególną rolę mogą tu spełniać te stoner movies, które przedstawiają względnie sympatycznych i ułożonych (wręcz nudnych?) palaczy, rezygnując z otoczki kontrkulturowej, czy fascynacji gangsterką (obecnej w hip-hopowym nurcie gatunku) – tylko czy wtedy nie wyzbywają się one potencjału komediowego?

Z drugiej jednak strony – nawet po rezygnacji z otoczki gangsterskiej czy kontrkulturowej, wiele współczesnych stoner movies zatrzymuje się w drodze do naturalnych reprezentacji palaczy niejako w połowie kroku – już nie przedstawia ich jako aspołecznych abnegatów, zamiast tego spychając ich do roli poczciwych, oswojonych, „naszych dziwaków”. Ten czyśćcowy stan, swoiste „getto śmiechu”,to zjawisko zasługujące na szersze omówienie w innym miejscu, warto tylko zauważyć, że stan oswojonego dziwactwa może jest i lepszy niż bycie wyrzutkiem, niemniej może być równie długotrwały…

Nadzieję jednak pozostawiają dwie grupy stoner movies – z jednej strony te, które stopniowo wtapiają się w główny nurt lekkich komedii, po cichu dokonując w swych bohaterach fuzji sympatycznego chłopaka z sąsiedztwa ze stonerem, czyniąc gatunek akceptowalnym dla szerszej, palącej okazjonalnie publiczności – tu wyrazy uznania należą się przede wszystkim koleżkom w rodzaju Setha Rogena. Z drugiej strony mamy zaś rzadkie przykłady stoner movies, które ośmielają się prezentować palaczy nieco inaczej, nie rezygnując jednocześnie ze swoistej fascynacji samym faktem palenia hurtowych ilości blantów. Do takich chlubnych wyjątków można zaliczyć stoner movies doceniane na Sundance, jak: anarchiczne High School (2010) z naprawdę inteligentnym bohaterem, odważnie poruszające wątpliwą praktykę przymusowych testów narkotykowych w szkole,  czy opowiadające o nastoletnim wrażliwcu Goats – z interesującą rolą Davida Duchovnego.

Niemniej – wyjątki tego typu to jak na razie tylko światełka w tunelu, pozwalające jednak mieć nadzieję, że wraz ze zmieniającym się globalnie podejściem do narkotyków w ogóle, zmieni się i charakter sztampowych stoner movies, a poza niewątpliwym walorem rozrywkowym zachowają jednak minimum uczciwości w sposobie portretowania konsumentów…


Subiektywny wybór pięciu interesujących stoner movies:

Piątek [reż. F. Gary Frey, 1995] 


Najwdzięczniejszy przedstawiciel hiphopowej odmiany nurtu. Craig (Ice Cube) ma znaleźć pracę, ale w sumie jest piątek i właśnie wpadł jego kumpel Smokey z worem zioła, które zamiast sprzedać, przepala. Dwie trzecie akcji tego niespiesznego filmu rozgrywa się na ganku Craiga, a dwaj przysmażający zioło kumple obserwują przewijającą się przez przedmieście plejadę swoich sąsiadów. Gdyby nie niepotrzebne wątki sensacyjne w finale, byłby to pewnie najbardziej wyluzowany z omawianych filmów.


Big Lebowsky [reż. Joel Coen, 1998]

Klasyk, którego przedstawiać nie wypada. Jeff Bridges w roli kanonicznego Dude’a, którego głównym zajęciem jest gra w kręgle i palenie jointów wkręcony jest w dziwaczną aferkę kryminalną. Plus Steve Buscemi, John Goodman, Julienne Moore i genialny epizod Johna Turturro. Wszystko opowiedziane z charakterystycznym, czarnym poczuciem humoru braci Coen.


Ciastko z niespodzianką [reż. Gregg Araki, 2007]

Nie jest to z pewnością najmądrzejszy z wymienionych filmów (choć w filmografii Arakiego i tak znajduje się dość wysoko), niemniej zasługuje na uwagę z racji wyjątkowej bohaterki – konsumentką tytułowego ciastka z haszem jest bowiem niespełniona aktorka Jane (rozkosznie głupkowata Anna Faris). Pierwsza dama     wśród stonerów ma przed sobą złożone zadania – zapłatę rachunku za prąd i udział w castingu. W finale przewrotny morał.


High School [reż. John Stalberg, 2010]

Świetny, przewrotny pomysł wyjściowy: wyjątkowo uzdolniony uczeń po jednorazowym zapaleniu jointa dowiaduje się, że szkoła ma zamiar wprowadzić obowiązkowe testy narkotykowe. By skompromitować ich wyniki i zabezpieczyć swoje szanse dostania się na MIT postanawia odurzyć całą szkołę ziołem wykradzionym od demonicznego dilera brawurowo zagranego przez Adriena     Brody’ego. Odurzone liceum to świetny pretekst dla licznych, wcale znośnych gagów, ale co więcej – jest też punktem wyjścia do krytyki prohibicji jako takiej.


This is the End [reż. Seth Rogen, 2013]

Debiut reżyserski pucułowatej twarzy nowej amrykańskiej komedii – Setha Rogena w gwiazdorskiej obsadzie reżysera i jego  znajomych(James Franco, Jonas Hill, Michael Cera, Emma Watson, Rihanna…) grających samych siebie . Niespodziewanie lansiarska prywatka w LA zostaje przerwana przez początek Końca Świata i bohaterowie, niczym w „Aniele Zagłady” Bunuela zostają uwięzieni     w luksusowej willi. Razem ze sporą ilością zioła, grzybów, ekstazy i piw..


Karczochy, CIA i LSD

Zwykły wpis
dr Sidney Gottlieb - mózg projektu MK-ULTRA

dr Sidney Gottlieb – mózg projektu MK-ULTRA

Jeżeli najlepszym sposobem na spędzenie kwasowego tripa wydaje się wam leżenie na polanie i gaworzenie o uniwersalnej miłości, to tylko dowód na to, że słuchanie sajtransów rzeczywiście zabija wyobraźnię… Poczytajcie lepiej jak kreatywnie do LSD podchodzili funkcjonariusze Centralnej Agencji Wywiadowczej, i to na dekadę przed Merry Pranksters i Latem Miłości. Okazuje się, że nieuprzedzone jeszcze pogadankami Leary’ego chłopaki z CIA potrafiły wymyślić dziesiątki niekonwencjonalnych zastosowań dla Trudnego Dziecka doktora Hoffmana…


Frank Olson - najbardziej znana ofiara "nieświadomki"

Frank Olson – najbardziej znana ofiara „nieświadomki”

Pewnie wszyscy słyszeli o sztandarowym przykładzie zainteresowania amerykańskiego wywiadu psychedelikami – programie MK-ULTRA – chociażby za sprawą „Facetów, którzy gapią się na kozy”, czy niesławnego samobójstwa Franka Olsona. W istocie ten rozpoczęty w 1953 projekt był największym przedsięwzięciem CIA dotyczącym niestandardowych technik wywiadowczych (bowiem nie testowano w nim tylko LSD, jedną z ulubionych zabaweczek wywiadowców było upiorne BZ, do którego stosowania nawiązywała „Drabina Jakubowa„), nie powstał jednak w próżni, będąc jedynie zwieńczeniem kilku innych programów. Począwszy bowiem już od końca Drugiej Wojny Światowej amerykańskie służby specjalne, świadome zbliżającego się konfliktu ze Związkiem Radzieckim, intensywnie interesowały się wszelkimi niestandardowymi technikami wywiadowczymi, które mogłyby dać Ojczyźnie Wolności przewagę nad Czerwonymi.


U źródeł harców z kokainą, podrzucaniem kolegom z biura LSD do porannej kawki, czy prowadzeniem tajnych burdeli w San Francisco (cierpliwości…) stała rozpoczęta w 1945 operacja PAPERCLIP (funfact: wspominają o niej w najnowszym „Kapitanie Ameryce”). Dość dobrze opisany projekt miał na celu pozyskiwanie uzdolnionych nazistowskich naukowców, którzy w zamian za ratowanie skóry zgodziliby się pracować dla amerykańskiego wywiadu (niezły dil, jeśli grozi Ci Norymberga). Choć większość badaczy specjalizowała się w broni rakietowej, czy fizyce, co najmniej ośmiu z nich (w/g autorów „Acid Dreams„) zostało zwerbowanych przez U.S. Army Chemical Corps – gdzie pracowali nad gazami paraliżującymi układ nerwowy i superhalucynogenami. Choć Armia miała swoje własne pomysły na kreatywne spędzanie czasu na tripie (na przykład idee fixe major-generała Williama Creasy’ego było rozpylanie LSD za liniami wroga w ramach „wojny psychedelicznej”, biedaczek nie mógł ścierpieć, że nie pozwolono mu na przeprowadzenie testu tej taktyki w nowojorskim metrze; nota bene – sam termin „tripowanie” na określenie kwasowego odurzenia zaczął być używany właśnie przez merykańskich wojskowych) , wśród badanych zastosowań halucynogenów pojawił się też pomysł wykorzystania środków chemicznych przy przesłuchaniach – bądź w charakterze kolejnego środka nacisku, bądź po prostu jako mitycznego „serum prawdy”. W tym momencie doświadczeniami Armii zainteresowało się świeżo utworzone CIA.


charles savage

odpowiedzialny za projekt CHATTER Savage promował zastosowanie meskaliny jako serum prawdy

Utworzoną w 1947 Centralną Agencję Wywiadowczą szczególnie zainteresował prowadzony przez Marynarkę Wojenną przy wsparciu naukowców pozyskanych podczas „PAPERCLIP” projekt CHATTER. Jak sama nazwa wskazuje – milusińskich oficerów marynarki zajmowało uzyskanie substancji która skłoniłaby przesłuchiwanych do wyjawienia tajnych wiadomości – najlepiej w sposób nieświadomy i niemożliwy do przypomnienia sobie po przesłuchaniu. Wśród typowanych do roli serum prawdy znajdowały się kokaina i meskalina (którą zaproponował prowadzący projekt Charles Savage, zainspirowany eksperymentami jakie z ekstraktem peyotlu prowadzili naziści, zadanie miał o tyle ułatwione, że w jego zespole znajdował się za sprawą ‚PAPERCLIP’ dr Hubertus Strughold, który współpracował z „badaczami” z Dachau), spore nadzieje wiązano także z … ekstraktem konopi indyjskich uzyskanym przez OSS (Office of Strategic Services, poprzedniczka CIA), które funkcjonowało wręcz pod kryptonimem TD (od „Truth Drug” – panowie nie wykazali się błyskotliwością).Choć ostatecznie żadna z typowanych w projekcie CHATTER substancji nie okazała się szczególnie przydatna, to sama idea zmiękczania przesłuchiwanych za pomocą środków psychoaktywnych zainspirowała przyglądających się uważnie badaniom Marynarki pracowników CIA, którzy niewiele później zaczną eksperymentować z nową obiecującą substancją sprowadzaną z laboratoriów szwajcarskiego Sandoza…


 

Fiolka 'Delysidu' produkcji Sandoza

Fiolka ‚Delysidu’ produkcji Sandoza

Zanim Agencja zaczęła zaopatrywać się w Delysid (pod taką handlową nazwą funkcjonowało LSD-25 w katalogu Sandoza), zniechęciwszy się co do rozmaitych substancji-kandydatów na „serum prawdy”, koncentrowała się na dwóch technikach przesłuchań wspomaganych chemikaliami: „narkohipnozie” i traktowaniu delikwenta koktajlem dragów o przeciwnym działaniu (np. barbituranami i amfetaminą). Obydwie techniki jednak okazywały się mało skuteczne, druga z nich była ponadto skrajnie niebezpieczna dla przesłuchiwanego (nie, żeby było to aż tak istotne, pamiętajmy jednak, że CIA szukała także sposobów na „dyskretne” wydobywanie informacji – bez świadomości ofiary). Tymczasem już od 1947 w prasie naukowej pojawiają się wzmianki o nowym, potężnym halucynogenie aktywnym w niezwykle małych dawkach – autorem pierwszych publikacji na temat LSD był dr Werner Stoll – syn dyrektora Sanodza i bliski współpracownik Alberta Hofmanna. Jego pracami szybko zainteresował się amerykański wywiad – w obawie, że własne badania nad LSD zaczęli już Sowieci (w istocie było to więcej niż prawdopodobne, ale CIA nie dysponowało wtedy na to żadnymi dowodami). Efektem tego zainteresowania były ogromne zamówienia Delysidu złożone między 1950 a 1951 w ramach projektu BLUEBIRD (natomiast pierwsze próbki LSD zostały sprowadzone do stanów przez cywilnych naukowców już w 1949 roku – dokonali tego Max Rinkel i Robert Hyde, ten drugi dokonując autoeksperymentu został zaś pierwszym ukwaszonym człowiekiem na Zachodniej Półkuli).


Rozpoczęty w 1949 i objęty najwyższą klauzulą tajności (z obawy przed kompromitacją świeżo założonej Agencji) BLUEBIRD miał skupiać wszystkie drobne projekty CIA poświęcone kontroli umysłu. Wśród zagadnień badanych przez agentów znajdowały się hipnoza, telekineza, wywoływanie zmian osobowości, oraz – przede wszystkim – stosowanie dla tych celów środków psychoaktywnych. Gdy więc pracujący przy operacji agenci dostali w swoje ręce LSD usiłowali korzystać z niego na różne sposoby – nie tylko przy przesłuchaniach. Jednym z istotnych punktów programu było też przygotowanie się na zastosowanie LSD przez wrogi wywiad – uczestniczący w nim agenci musieli więc być sami dość dobrze zaznajomieni z działaniem psychedelików. Nic dziwnego, że entuzjazm dla nowej substancji rósł szybko, a pracujących z nią zaczęto określać w wewnętrznych dokumentach jako enlightened operatives.

Zastosowań dla wynalazku doktora Hofmanna szukano jednak trochę po omacku – pierwotnie kontynuowano wytyczne projektu CHATTER traktując LSD jako potencjalne serum prawdy. Szybko jednak okazało się, że jego działanie jest znacznie bardziej złożone. Zgodnie z obowiązującą na początku lat 50-tych wywodzącą się z behawioryzmu doktryną „psychozomimetyczną” (badania Paula Hocha) wierzono, że kwas odtwarza po prostu kliniczne przypadki czasowej psychozy – wobec tego świetnie sprawiałby się w funkcji odwrotnej niż „serum prawdy” – zażyty przez przesłuchiwanego agenta mógłby umniejszyć jego wartość jako informatora. W związku z tym pojawił się także pomysł, by stosować swego rodzaju „Próby Kwasu” (brzmi znajomo?) – jako jeden z możliwych testów sprawdzający odporność psychiczną agentów przed wysłaniem ich w teren. Rozważano też możliwość potajemnego podawania LSD postaciom publicznym, szczególnie politykom, w celu ich kompromitacji (niemal dwadzieścia lat przed tym jak na pomysł ukwaszenia Nixona wpadła Grace Slick i pół wieku przed wypadkiem Gabriela Janowskiego).


Gdy w sierpniu 1951 projekt BLUEBIRD zostaje oficjalnie przemianowany na ARTICHOKE sprawy zaczynają się rozkręcać. Do repertuaru agentów spod znaku karczocha należało testowanie heroiny (a raczej heroinowego głodu po przymusowym uzależnieniu) jako narzędzia zmiękczania przesłuchiwanych, łączenie wysokich dawek LSD z elektrowstrząsami, czy w końcu – pomysł na wykorzystanie psychedelików aby skłonić ich ofiarę do sterowanego morderstwa. Przy takim spektrum zagadnień tym upiorniejsze stają się liczne przykłady nieodpowiedzialności pracowników Agencji – takie jak pomyłki przy szacowaniu ilości zamawianego Delysidu (jeden z mających najwyraźniej problemy z systemem dziesiętnym pracowników CIA miał zlecić zakup dziesięciu kilogramów czystej substancji (sto milionów dawek), zanim zorientował się, że w ofercie Sandoza pomylił kilo- z mikrogramami), regularne prywatki pracowników wywiadu z rekreacyjnym użyciem psychedelików, czy wreszcie niesławną praktykę podrzucania sobie „nieświadomek”, której ofiarą stał się Frank Olson.
Ten ostatni proceder nie wziął się znikąd. Gdy w 1953 ruszył słynny projekt MK-ULTRA przez jakiś czas funkcjonował on równolegle z ARTICHOKE, programy były bowiem nadzorowane przez dwa odrębne organy w łonie CIA (ten pierwszy przez TSS-Technical Services Staff, drugi natomiast przez Biuro Bezpieczeństwa). Między obydwiema grupami pojawiały się tarcia, które doprowadziły do sytuacji, w której grupy szpiegowały się wzajemnie, oraz sprawiały sobie rozmaite psikusy w rodzaju porannej kawy z kwaskiem… Szczytem tego typu żarcików były udaremnione przez wewnętrzne służby bezpieczeństwa plany TSS dodania LSD do świątecznego ponczu podczas imprezy dla pracowników Agencji (i znowu – Prankstersi nie wpadli na ten pomysł pierwsi…).


Szalone pomysły rodzące się w łonie MK-ULTRA nie wynikały tylko z czystej rywalizacji z ARTICHOKE. W istocie Sidney Gottlieb – mózg tej niesławnej operacji – w przeciwieństwie do skoncentrowanych na zastosowaniach wywiadowczych kolegach po fachu spod znaku „karczocha”, pragnął testować LSD na nieświadomych cywilach w sytuacjach codziennych (podczas gdy ówcześnie nawet „cywilne” badania nie wychodziły poza przestrzeń klinik, o czym mógł się przekonać zgłaszający się do nich na ochotnika Ken Kesey). Gdy Gottliebowi odmówiono zgody na próby na nieświadomych obywatelach, ten wziął sprawy w swoje ręce – najpierw inicjując praktykę niespodziewanego raczenia tripami kolegów z Agencji, następnie wychodząc ze swoimi eksperymentami „na miasto”.


 

nadzorujący operację Midnight Climax George Hunter White

nadzorujący operację Midnight Climax George Hunter White

Najsławniejszym (i najbardziej bezczelnym) przejawem inicjatywy doktora Gottlieba była operacja MIDNIGHT CLIMAX. Przekopując się przez starsze badania nad wykorzystaniem ekstraktu konopi jako serum prawdy koordynator MK-ULTRA natknął się na postać oficera Federalnego Biura ds Narkotyków – George’a Huntera White’a, który przeprowadzał próby na nieświadomych badanych. Po wystosowaniu oficjalnej prośby do ówczesnego szefa Biura ds. Narkotyków – Harry’ego Anslingera (praktycznie rzecz biorąc ojca „Wojny z Narkotykami”) uzyskał zgodę na „wypożyczenie” jego agenta.

White od samego początku wykazywał się zapałem i inicjatywą. Udając artystę i żeglarza zwabiał poznanych na imprezach przypadkowych ludzi do mieszkania wynajętego w nowojorskim Greenwich Village, gdzie bez ich wiedzy podawał im LSD i notował rezultaty. Rozparty wygodnie w fotelu ze szklaneczką whisky White był wyjątkowo zaskoczony sporym odsetkiem bad tripów wśród swoich gości (niespodzianka!). Jego metoda rozwinęła się jednak w pełni gdy w 1955 uzyskał przeniesienie do San Francisco. Zainicjowana tam operacja MIDNIGHT CLIMAX opierała się na wykorzystaniu uzależnionych od narkotyków prostytutek do zwabiania przypadkowych mężczyzn do nadzorowanego przez CIA burdeliku (wkrótce otwarto jeszcze drugi taki przybytek).Na miejscu delikwentowi podawano drink z LSD a dalszemu rozwojowi wypadków przyglądał się gość w kitlu po drugiej stronie zainstalowanego w sypialni lustra weneckiego…

Oprócz nocnego nadzorowania MIDNIGHT CLIMAX White wykonywał w dzień swoją pracę agenta antynarkotykowego, nic więc dziwnego, że bywał zestresowany – napięcie rozładowywał z kolegami w znajdujących się pod jego opieką lokalach – z pełnym wykorzystaniem ich wyposażenia. Gdy jednak sąsiedzi tych przybytków zaczęli się skarżyć na hałasujących po nocach odurzonych mężczyzn z bronią, program zaczęto powoli wyciszać. White pozostał jednak współpracownikiem CIA aż do lat 60-tych, pojawiając się regularnie w raportach na temat Haight-Ashbury.

Aż dziw, że tak efektowna i kontrowersyjna operacja jak MIDNIGHT CLIMAX nie doczekała się szerszego odzewu, chociażby w popkulturze (jedną z przyczyn może być utajnienie większości dokumentów związanych z MK-ULTRA). Warto jednak wiedzieć, że operacja została w 2009 sportretowana w (średniawym) mini-serialu:


Po skandalach związanych z samobójstwem Olsona i następujących po nim przeciekach o narkotykowych ekscesach agentów CIA, Agencja w latach sześćdziesiątych nieco stonowała swoje eksperymenty (choć LSD zostało użyte co najmniej kilkukrotnie w normalnych działaniach operacyjnych). Jednocześnie zaczął też w Agencji słabnąć entuzjazm dla kwasów, które okazywały się dość kłopotliwe w użyciu jako środek dywersji (LSD jest rozkładane przez chlor, więc odpada zatruwanie miejskich ujęć wody, w postaci gazowej z kolei wchłania się dość kiepsko), skupiono się na badaniach nad znacznie bardziej skutecznym w warunkach bojowych BZ (które ostatecznie zostało użyte w Wietnamie). Projekt MK-ULTRA zaczął być wygaszany, przy czym większość jego dokumentacji utajniono.

Co ciekawe, dopiero gdy LSD przestało już być ulubioną zabaweczką pracowników wywiadu, podchwycił ją rodzący się ruch dzieci-kwiatów. To już jednak całkiem inna opowieść, warto jednak zwrócić na dwa ciekawe fakty:
Po pierwsze – przez pierwsze kilkanaście lat klinicznych, przeprowadzanych w atmosferze zimnowojennego wyścigu chemicznych zbrojeń badań nad LSD nikomu nie przyszło do głowy by miał to być narkotyk miłości, pokoju, czy oświecenia – co tylko potwierdza rolę jaką przy stosowaniu psychedelików odgrywa set&setting – i jednocześnie zadaje kłam powstającym w latach 60-tych teoriom bezrefleksyjnie utożsamiającym chrupanie kwasków z receptą na powszechną szczęśliwość. Po drugie – wiele działań MK-ULTRA zostało utajnionych, szczególnie zagadkowy wydaje się wątek infiltracji środowiska Haight-Ashbury przez CIA – wydaje się niemożliwe, by tak ogromnej wielkości naturalne laboratorium badawcze z dziesiątkami tysięcy konsumentów psychedelików umknęło uwadze Agencji. Tym bardziej, że CIA pomagało założyć kilka czarnorynkowych wytwórni LSD, zachowując poprzez enigmatyczną postać Ronalda Starkaniejasne więzy z odpowiedzialnym za większość podaży kwasu pod koniec lat sześćdziesiątych Brotherhood of Eternal Love. Wątek „Hippie Mafii” jest jednak na tyle ciekawy, że zdecydowanie zasługuje na osobny tekst.
Tymczasem sprawdźcie którąś z tych kniżek:

  • Marin Lee, Bruce Shlain: Acid Dreams. The Complete Social History of LSD: The CIA, the Sixties and Beyond (pyk)
  • Jay Stevens: Storming Heaven: LSD and American Dream (pyk)
  • Stewart Tendler, David May: The Brotherhood of Eternal Love: From Flower Power to Hippie Mafia: The Story of the LSD Counterculture (hop)

A, no i na koniec obowiązkowy strzał muzyczny. Nie wiem, czy to nie nadinterpretacja, ale znając głęboką niechęć Ryśka do CIA i równie głębokie zamiłowanie do używek, tytuł jego klasycznego albumu przestaje być tak zagadkowy (‚Alcachofa’ po hiszpańku to ‚Karczoch’ = ARTICHOKE):