rzut uchem: [SLOW LIFE] i S.Moreira

Zwykły wpis

slowlifeOrajt, trochę mnie nie było. O smaczkach z ostatnich miesięcy napiszę już chyba w jakiejś dłuższej notce zbiorczej (sneak preview: Refracted, Abdulla, Phase, Shlomo…), tymczasem parę słów o labelu który ostatnio zasiedział mi się w głowie. A właściwie – tyleż o labelu, co o konkretnym grajku. Choć bowiem nominalnie berliński (a jakże!) SLOW LIFE składa się z pięciu członków, to już rzut oka na discogsową listę wydawnictw uświadamia, że pierwsze skrzypce gra w składzie Sergio Moreira, wygląda wręcz na to, że oficynka zajmuje się głównie wydawaniem jego muzyki. I dobrze, bo to piekielnie zdolny gość, co zaraz sobie udowodnimy:


S.Moreira – Fuck The Clock [SL001] [->discogs]

„Jedynka” z oferty Slow Life to prawdziwa perła. Niedawny repress obniżył co prawda horrendalne ceny na discogs, już jednak pobieżny rzut uchem uświadamia, że mamy do czynienia z naprawdę wyjątkowym plackiem. Ciężko zdecydować się co tu podlinkować – od nonszalanckiego, lekko kwasowego ‚Beyond Lightspeed’, przez oprószone słodkimi wokalami ‚Lost in time’, aż po nieco jackujące, energiczne i podnoszące na duchu ‚Remember…’, wszystkie tracki to bomby. No i przede wszystkim dają świetny wgląd w charakterystyczny styl Moreiry – senny, psychodeliczny house, któremu udaje się nie mylić miękkości brzmienia z banalnym deepowym lukrem, a surowej energii z niedopieczonym ciupaniem. Gdzie trzeba analogowe i chropawe, gdzie trzeba – łagodne i słodkie, wszystko z mocno kosmicznym feelingiem. Ach, no i ten, no – najlepszy track z płytki to fenomenalne, na wskroś oryginalne ‚M.I.A.’ z dogranym żywym saksem zawodzącym na lekkim delay’u. Nonszalancki jam, który mógłby trwać z godzinę.


S.Moreira – We All Are Fra! [SL002] [->discogs]

Tu z kolei mamy przykład tego, co się dzieje w przypadku braku repressu. Kosmiczna cena uświadamia, że na Slow Life zaczęli się już poznawać chytrzy diggerzy-spekulanci. Co jest jednak trochę dziwne, bo 002 nie dorównuje debiutowi labelu. Jest tu co prawda miejsce dla solidnego, parkietowe sztosiwa (zawadiackie ‚Late Dawn’), brak jednak świeżości „jedynki”. Ale to solidne wydawnictwo, o czym zaświadcza numer otwierający placek (co to za ohydna kalka z terazrockowego mamlania o concept-albumach – czy winyl może w ogóle coś otwierać?). ‚Do You Want Me’ to rozkoszna pościelówa – jeśli lubicie się poprzytulać na zejściu po psychodelikach. Cudownie zapętlona fraza pianina wychyla się od czasu do czasu zza kłębów zamulonego bitu, który, podobnie jak w innych najlepszych produkcjach Moreiry, sprawia wrażenie, że ciągnie się w nieskończoność. Fantastyczny, bezczasowy odpał.


S.Moreira – Changing Habits, Breaking Rhythms [SL003] [->discogs]

Tutaj z kolei mocno daje o sobie znać zaplecze Sergia, który jest utalentowanym perkusistą jazzowym – kwasowe ‚Empty Your Mind’ łamie się jak, nie przymierzając, tracki Ramadanmana, podobnie mocno synkopowany ‚Just A Little Beat’. Moim ulubionym numerem z zestawu jest zaś bez wątpienia ‚As High A It Can Go’ – z fantastyczną progresją: perkusjonalia rozkręcają się w acidowych oparach, całość odpala w pełni po uroczo dosłownym samplu wokalnym, ale nie pędzi na złamanie karku, tylko zawiesza się w nierozwiązanym suspensie. Wysmakowany DJ-tool.


S.Moreira, Saverio Celestri – Interphase Issues [SL004] [->discogs]

Placek który dopiero niedawno trafił do sklepów – ciekawostka, tym bardziej, że genialna „piątka” już dawno była do dostania. Jedna z nierozwiązanych tajemnic niezalowej dystrybucji. Współpraca Moreiry z kolegą z wydawnictw to solidne wydawnictwo, ale nic poza tym. Mocno kwasowe, wolne jamy. Najciekawszy numer: eteryczne, odklejone ‚Hyphnosphere’.


S.Moreira / Refracted – From A Cosmic Perspective [SL005] [->discogs]

Moreira i Refracted? Brzmi jak match made in heaven, czyli po naszemu – duet nie do podjebania. I tak właśnie jest. Zdecydowanie mój faworyt w ofercie Slow Life i jeden z najfajniejszych placków które sobie w upływającym roku sprawiłem. Zestaw kosmicznych narzędzi – ‚Swelling Senses’, numer od Refracted to imponujące, podniosłe outro; w remiksie Moreiry zyskuje pazura i energii i zmienia się w fantastyczny wstępniak do seta. Na naprawdę cieniutko rozsmarowuje za to numer samego Moreiry – ‚Shuttle Transport’ to arcydzieło: wolne, motoryczne trzaskanie w okolicach 110BPM, w tle kosmiczne tchnienie, a gdzieś po bokach cykają przeszkadzajki rodem z „leśnego techno” (chyba muszę gdzieś wyjaśnić ten termin). Pcsychodeliczna ciuchcia na orbicie. W ujęciu Refracted numer przyspiesza i zyskuje kwasowy charakterek – drapie aż miło, w dodatku w tempach jakby bardziej parkietowych, jednak to oryginał kradnie show.


v/a – Chromophore EP [SL006] [->discogs Przekrojowy skład z numerami od producentów związanych z label. Nie doczekał się jeszcze wydania, więc na razie tylko snippety z soundclouda. Przykuwa ucho B1 – chicagowska pompka od Moreiry z dragowym samplem (znowu!) i zamykający kompilację cokolwiek prędkawy breakbeatowy track od Celestriego.


Poczekamy, posłuchamy. Tymczasem – borem, lasem – jeszcze kilka smaczków od Moreiry spoza Slow Life:
Shadee & S. Moreira – Untitled  [Polen] [->discogs]

Kolabo dla rumuńskiego Polen. Moreira nieco jackująco, mocno pod stopę i, ale i bioderko. Symaptyczno-cwaniacki housik.

S.Moreira & Xinner – Through The Rings of Saturn EP [Phonica] [->discogs]

Momentami to chyba najmocniej dryfujące w stronę techno (ale takiego raczej  Mörk-owego) numery Moreiry, ale wciąż typek jest rozpoznawalny po jednej kosmicznej nutce. Najbardziej parkietowo użyteczny jest tutaj oczywiście ‚Communication Breakdown’, najlżejszy – podpływający Deepchordem „space dub” tego samego tracka, najciekawszy zaś – żywy, pełen perkusyjnych wygibasów ‚Orbiting Around’.


Mądremu uchu dość po buchu, więc wiecie już, że Moreira to piekielnie utalentowany koleżka. Ja tam na album jeszcze nie czekam, niech trzaska singielki (ba-dum!), tymczasem warto polować na różne SlowLife showcase’y, ostatnio odbył sie w berlińskim Ohmie i Sergiusz grał tam live’a. Tymczasem na koniec cymesik: SlowLife podcast z Moreirą, kontrabasem i saksofonem:

Reklamy

Dziewięć podjarek przed Atonalem

Zwykły wpis

atonal2Na swoje potrzeby dzielę festiwale muzyczne z grubsza na dwa typy. Pierwszy to ogromne letnie spędy. Dwadzieścia scen między którymi biegasz jak kot z pełnym pęcherzem w wiecznej FOMO-napince, po drodze spotykasz kilkudziesięciu znajomych z którymi ucinasz durnowate trzydziestosekundowe pogawędki, a i tak połowę rozdętego do granic możliwości lajnapu przegapiasz: na Autechre stoisz w kolejce do Toi-Toia, podczas godzinnego seta Rodhada usiłujesz w tymże klopie rozdzielić jednego kwasa na piątkę posługując się tylko paznokciem, na Scubie stoisz w kolejce po piwo, na Modeselektorach i innych Apparatach próbujesz zdzwonić się z ziomkami, a Tobina odpuszczasz z premedytacją. Ostatecznie jednak nic nie tracisz – połowa towarzycha będzie do odsłuchania za rok, a w międzyczasie zagości w Prozaku. No i jest też drugi typ: znacznie mniejsze, czasem wręcz kameralne sabaty muzycznych snobów – często w dziwnych miejscówkach, zwykle nie pod gołym niebem, nierzadko poza rozgorączkowanym okresem wakacyjnym, co do zasady – z nieoczywistymi lajnapami, z których znasz, jak dobrze pójdzie, połowę wykonawców. Nie muszę chyba dodawać, który rodzaj imprez wolę, nie będzie żadną niespodzianką, że karnet na Dimensions zamieniłbym bez mrugnięcia okiem na pełny Unsound Pass i piątkę jarania (nie, nie mam karnetu na Dimensions).

Dlatego też kiedy Atonal czy Unsound ogłaszają swoje line-upy, jaram się jak nastolatek. Nie dlatego, żebym był takim mądralą i znał wszystkie nazwiska z oferty, wliczając w to totalne obskury. Nie chodzi też o snobizm i udawanie, że łotewskimi dronami to się zasłuchuję od dekady. Wręcz przeciwnie – jaram się właśnie dlatego, że dużej części gości nie znałem i mam okazję przed, czy – przede wszystkim – w trakcie imprezy poznać ich muzykę (imho idealne ratio to 50/50, albo wręcz 40/60 na korzyść nowości). Bo wiecie: można uprawiać techno-mamonizm i urządzać sobie generyczne podśmiechujki z odwagi promotorów/snobizmu publiczności (można to robić nawet będą promotorem wielkiej imprezy z elektroniką, jak to robi Napora komentując Unsound, przy okazji – co złego w snobizmie, serio?), można też jednak od festiwalu na który wydaje się niemałe nieraz pieniądze oczekiwać czegoś więcej – właśnie muzycznej edukacji. W końcu na tym także ma polegać rola muzycznego promotora, by publikę oświecać, a ja bardzo się cieszę, że mogę czasem w ciemno zaufać gustom Płysy, Schultza, Dtekka, młodszego von Oswalda, czy Gutka (żeby wyjść poza spędy muzyczne). Bo wiecie, jakbym chciał słuchać muzyki którą znam, to wybrałbym się do Płocka.

Tak więc i w tym roku sporą część czerwca i lipca spędziłem na obczajaniu nowo-starych rzeczy przed Atonalem (co zresztą doskonale było widać w moich zdechlackich notkach o nowych wydawnictwach). Nie udało mi się przesłuchać całego line-upu, po części z braku czasu, po części – by pozwolić sobie na niespodziankę, po części w końcu dlatego, że, podobnie jak wiele najciekawszych festiwali, tak i Atonal pełni czasem rolę muzycznego kuratora i zamawia lajwy specjalnie na potrzeby imprezy – stąd wiele projektów to wcześniej niesłyszane efemerydy. Dodatkowo, no – umówmy się – pewną część wykonawców już znałem, często też już słyszałem na żywo, więc wiem (?) czego oczekiwać.
Dobra, nie przeciągając dalej – oto krótki i na maksa subiektywny wybór kilku najciekawiej się zapowiadających strzałów tegorocznego Atonala. Pozwoliłem sobie odpuścić najbardziej oczywiste typy: boć to i wiadomix, że Abdulla jest świetny (choć w zeszły roku nieco przynudzał), Lustmord i Frost dostarczą co należy, a Sigha i Shifted rozniosą Tresora na oficjalnym after-party. No to hop:


FIS

 WOW. Tegoroczny długogrający debiut nowozelandzkiego producenta – album ‚The Blue Quicksand…’ to coś naprawdę, naprawdę świeżego. O taki IDM walczyłę – charakterystyczne, gruzłowate bity, do rozpoznania po jednej nutce. Całość mocno skompresowana i syntetyczna, ale w dobrym słowa znaczeniu – tak mógłby brzmieć Tobin, gdyby się po ‚Foley Room’ nie pogubił. W bonusie – niegłupi wywiad dla ‚Dummy’.


TONY CONRAD & FAUST – OUTSIDE THE DREAM SYNDICATE

Z racji swojej historii (sięgającej lat 80-tych), Atonal co roku odgrzebuje parę dinozaurów, którymi zasłuchiwała się niemiecka awangarda dwie-trzy dekady temu. Na Atonalu zawsze więc znajdzie się miejsce dla zimnej fali, krautrocka, proto-dronów, czy industrialu. W zeszłym roku wskrzeszono Cabaret Voltaire, w tym – Clock DVA i właśnie najsłynniejszy projekt Tony’ego Conrada z Faust. Outside the Dream Syndicate to godzinna hipnotyczna pętelka, podwaliny drone’ów. Spodziewam się bezczelnie minimalistycznej godziny z zapętloną frazą.


ALESSANDRO CORTINI

Obydwa wcielenia koleżki z NIN będą warte uwagi. O przepięknym ‚Sonno’ wydanym pod własnym nazwiskiem pisałem już tutaj – i właśnie ten materiał będzie prezentowany w Kraftwerk i będzie to światowa premiera opartego na nim live’a.
Równie ciekawy może okazać się też jego sobotni klubowy występ z projektem Skarn, w ramach którego Włoch produkuje dla Avian brudne, chropawe techenko:
(Cortini w sumie zagra w tym roku trzy razy – zaprezentuje bowiem także wspólny projekt z Lawrencem Englishem – najpewniej wspaniały, bo i jaki?).


PAUL JEBANASAM w/ TARIK BARRI

Podobny zasięg częstotliwości i ciężarek jak u Cortiniego, z tym, że jeszcze bardziej ponuro. Cmentarne, dostojne droniwa i chyba najciekawszy reprezentant Subtext (label będzie miał na festiwalu swój showcase, więc będzie się można o tym przekonać) W projekcie dla Atonala Lankijczyk (mieszkaniec Sri-Lanki – wiedzieliście?) o ujmującym nazwisku zaprezentuje premierowo wspólny audiowizualny live we wspłópracy z holenderskim artystą Tarikiem Barri (sprawdźcie jego współpracę z Aeternam Vale z zeszłorocznej edycji festiwalu).


SKEE MASK

Kolejny powiew klubowej świeżości. Intrygująca mieszanka przykurzonego techno/house’u z dubowym tchnieniem i szczyptą analogowych brudów. Nieoczywiste brzmienia plus równie nieortodoksyjne tempa z labelu braci Zenker.


DEEPCHORD

No, miałem nie wrzucać oczywistych typów, ale nie mogę się powstrzymać. Nigdy nie słyszałem Modella na żywo w żadnym wydaniu, i po prostu nie mogę sobie odpuścić pozostania w Tresorze do piątej rano w środę, choć pewnie mogę zapomnieć o usłyszeniu materiału z ‚Liumin’, czy ‚The Coldest Season’.


Dobra, wiem, że ciężko już teraz wyrokować jak będą brzmiały nowe projekty zamówione specjalnie na Atonal, ale dodam jeszcze na koniec, że ostrzę sobie ząbki na:

SHACKLETON presents POWERPLANT live
Papcio Shack w sumie nie zawodzi, więc i teraz będzie wybornie, nie? Tym razem nie zaprezentuje seta, czy live’a, ale występ grupy muzyków wykonujących jego kompozycje na wszelkiej maści perkusjonaliach – od gongów, po ksylofony. Skull Disco unplugged.

SUMS (KANGDING RAY + BARRY BURNS (Mogwai) live
Ok, po tym nie wiem czego się spodziewać, wiem tylko, że live’y Francuza, czy jego ostatni album są genialne – w towarzystwie post-post-wszystko gitar i perkusji mogą okazać się jeszcze ciekawsze. Albo nie.

VARG presents IVORY TOWERS
Mój nordycki ulubieniec we wspólnym projekcie z trójką innych artystów – analogowy live + gitara i smyczki. Zapowiada się raczej w kierunku D.A.R.F.D.H.S., ale na pewno gęsto i wielowarstwowo.

Susza

Zwykły wpis

jahiW miesiącu bez lipy nie wykazałem się uchem szczególnie wyczulonym na didżejskie nowości – moją głowę i narząd słuchu zaprzątała bowiem oferta Atonala (post podjarankowy wrzucę po weekendzie). Niemniej, pojawiło się u mnie w playliście kilka pozycji których po prostu nie wypada nie wspomnieć, choćby w rachitycznej notce:


Jahiliyya Fields – Chance Life [L.I.E.S.]

Niebywale interesująca, a zarazem irytująca, bardzo Lies-owa płytka. Drugi długograj nowojorskiego reprezentanta kłamstewek to popis sprawności technicznej – brzmienia są tu skrajnie dopieszczone, konstrukcje brudne i rozsypujące się, wszystkie zaś tracki pokazują ogromnego faka użyteczności parkietowej kończąc się w najmniej spodziewanym momencie. Nerwy po muzycznym coiutus interruptus łagodzi prześliczny analogowy wyziewik wieńczący album.


Acronym – June [NORTHERN ELECTRONICS]

Młodziutki Szwed nie traci rozpędu. Po leśno-ambientowym ‚Mu’ (o którym pisałem tutaj) w LP z czerwca serwuje nieco mocniejszy materiał. Po prawdzie, kilka pierwszych tracków przypomina nieco tylko smyrnięte bitem 4×4 resztki z ‚Mu’, ostatnie numery zacierają to wrażenie – to fantastyczne parkietowe sztosy, które pomimo energii nie tracą absolutnie nic ze swojej lekkości. Album kończy wspaniały ‚Letting go…’, który, zgodnie z tytułem, rozwiązuje w środku wszystkie węzełki i stanowi idealny rozsmar na zwieńczenie tripa, to jest – seta. Zdecydowanie jeden z najlepszych tracków roku.


Cio D’Or – All In All [SEMANTICA]

 Lekki zawodzik. To znaczy – to jest oczywiście przyzwoity album (dlatego też o nim wspominam), niemniej – po dość długim oczekiwaniu, przekładanej dacie premiery, a także po tym, czego można było się spodziewać po singlach i setach producentki z Kolonii, długograj dla Semantiki nieco rozczarowuje. Owszem – są tu przepiękne momenty, jak chociażby pełen patosu ‚Tomorrow’,zaś brzmienie dopieszczono do granic, jednak wydaje się (co podkreśla także niefortunna kolejność numerów na LP), że po prostu zabrakło koncepcji: czy to ma być intymny album ambientowy do słuchania w nocy, czy może nieco bardziej agresywna rzecz? W efekcie otrzymujemy tylko (i aż) imponujący katalog producenckich chwytów Cio, za to bez wyraźnego zamysłu.


Tadeo – Circles inside Circles [BELIEF SYSTEM]

Tadek, jak to Tadek – kosmicznie, psychodelicznie, po Millsowsku perkusyjnie i z motoryczną stopą. Kolekcja czterech toolsowych odpałów. Na tubce brak cudownego ‚Checking Controls’ z samplem wokalnym jak z kosmicznej wieży kontrolnej (i jak u Dettmanna w ‚Barrier‚), ale i podlinkowane sztosiwo dobrze pokazuje charakter tej wysoce użytecznej EPki.


Cassegrain & Tin Man – Window Window EP [INFRASTRUCTURE NEW YORK]

Przyzwoita rzecz, kawał solidnego parkietowego wygaru. Jak można się było przekonać już wielokrotnie brudy i ciężarek Cassegrainów w połączeniu z lekkością i uchem do melodii Blaszmana to match made in heaven (kapitan Oczywity przypomina -> x). Nie inaczej jest i tym razem – nie spodziewajcie się rewolucji, ale to po prostu wysoce energetyczne, niegłupie sztosiwa, obficie podlane kwachem i analogowym ciepełkiem. W intrze i ostatnim tracku robi się nieco łagodniej co w połączeniu z acidowymi brzmieniami nieco trąci sentymentalizmem a’la Recondite, ale ten fajny, sprzed ‚Iffy’, więc luz.

ALBUMY Z MAJA

Zwykły wpis

darfdhsPo dość rachitycznym kwietniu ubiegły miesiąc przyniósł prawdziwe zatrzęsienie interesujących wydawnictw. Jeśli do wydanych w maju nowości doliczyć też nieco starsze rzeczy, które w miesiącu pachnącej Saskiej Kępy dopiero odkrywałem, uzbiera się tego naprawdę sporo. Chyba nawet za dużo na potrzeby jednej notki, dlatego tutaj tylko po parę zdań o długograjach, epkowo-singlowej drobnicy poświęcę osobny wpis. No to siup:

Varg – Ursviken [NORTHERN ELECTRONICS]

 To oczywiste wybór. Przypominający raczej blackowego zakapiora Szwed mocno się ostatnio rozpędził – poza dwoma opisywanymi tutaj albumami popełnił jeszcze remiks dla NATCH i kasetkę dla Posh Isolation, w przygotowaniu zaś kolejny materiał z Linje 19. ‚Ursviken’ przynosi brzmienia do których Varg już nas przyzwyczaił – wolne, nastrojowe ambient/techno z gęstymi, off-beatowymi perkusjonaliami i dostojnymi tłami. Na najnowszym albumie dodatkowo eksperymentuje z tempem i metrum, pozwalając sobie na przykład na niemal dubstepowe wycieczki (Asocial 46). Nie brakuje tu też zarówno rozległych ambientowych plam, jak i znaku rozpoznawczego reprezentanta Northern Electronics – monumentalnych, rozbudowanych warstw (linkowany Raggarsvin), które sprawiają, że wiele numerów brzmi jak wziętych raczej z genialnego live’a, niż ze studyjnego zacisza. Kapitalna rzecz, zdecydowanie jeden z najlepszych albumów w tym roku.


D.Å.R.F.D.H.S. – Mörkret, kylan, tystnaden & ensamheten [NORTHERN ELECTRONICS]

 Do kompletu dorzucił Varg nowy album swojego projektu o trudnej do zapamiętania nazwie. Najnowsza kasetka przynosi muzykę nieco lżejszą niż dark ambient z poprzednich wydawnictw. Za to znacznie więcej tu przestrzeni i oddechu, pady brzmią ciepło, a z subtelnych teł wyłaniają się niemal radosne melodie (Att leva i intet). Pogodny ambient na chłodne lato.


Project Pablo – I want to believe [1080p] 

A teraz coś z zupełnie innej beczki. Wesołkowaty house z kasety dla idącego jak burza kanadyjskiego 1080p. Próżno doszukiwać się tutaj modnych brudów, przymułki i niedoróbek, mnóstwo za to czystej, bezpretensjonalnej muzycznej radochy. Brzmienia – fantastyczne, ciepłe, analogowe, oldschoolwe, ale bez przesady, aranżacje – pogięte i pomysłowe, czasem pojawi się samplowana ciekawostka (marimba w ‚In the mat’). Czasem łagodniej, czasem mocno pod bioderko (bodaj najbardziej parkietowy, popierdujący skocznie ‚Always’). To już typowo letnia propozycja, od ‚Music for Uninvented’ nie słyszałem tak przyjemnych hausiw.


Florian Meindl – Collide [FLASH RECORDINGS]

 Choć w brzmieniach wciąż słychać nieco tech-house’owego plastiku z którym Florian był kojarzony, ten albumik to jednak zupełnie inne para kaloszy. Nieortodoksyjne zabawy z rytmem (‚Orgon‚), kawalkady wpadających na siebie hi-hatów, a przede wszystkim – świetny drive i energia. Nie jest to może album wielokrotnego użytku, ale jako zastrzyk energii w secie może się sprawdzić. Przynajmniej laptopowcom – materiał nie wyszedł na placku…


v/a Tensegrity […txt]
Odsłuch pod linkiem —> ‚cyk.
Bardzo skupiony, minimalistyczny ambientowy składak. Większość numerów oparta jest na pojedynczych dźwiękach, sporo tu też field recordingu, a nawet potencjalnie kiczowate sample (chorał gregoriański), jakoś się jednak bronią, przykryte grubą chmurką szumów. Do zasypiania.


Voices From The Lake – Live at Maxxi [EDITIONS MEGO]  Dozzy i Neel wracają do uznanego labelu Editions Mego (wcześniej wydawali dla jego filii – Spectrum Spools – Neel ‚Phobosa’, natomiast Donatanek – genialne ‚Bee Mask’). Najnowszy materiał to zapis występu live z rzymskiego muzeum MAXXI, który miał miejsce w październiku ubiegłego roku. Jak można się spodziewać po charakterze występu – na albumie nie znajdziemy niemal w ogóle fragmentów z beatem, zamiast tego włoski duet serwuje nieskończone pasaże rozkosznych padów w towarzyszeniu… przesterowanej nie do poznania gitarki w zamykającym całość ‚Max’ – swobodnym coverze Paolo Conte’go. Brzmienie VFTL jest rozpoznawalne na pierwszy rzut ucha – cieplutkie analogowe melodie, gęste tła, rozpływające się w reverbach hi-haty… Chwilami pojawiają się nawet dosłowne cytaty z genialnego albumu dla Prologue (winylowe 01 12 N wplecione w początek ‚Orange Steps’). Jako nagranie live jest to oczywiście album do słuchania w całości – kolejne numery płynnie przeciekają jeden w drugi i w efekcie otrzymujemy, jak zwykle od Dozzy’ego i Neela, fantastyczną, dającą mnóstwo satysfakcji dźwiękową podróż.


Annabel (Lee) – By the sea… and other solitary places [NINJA TUNE]

 Oj dawno nie odwiedzałem tych okolic, zrażony nieco bonobowym słodzeniem i fascynacją EDM, którą zaczął przejawiać Tobin. Z pewnością niesłusznie, czego przykładem jest chociażby debiutancki album duetu Annabel (lee). Całość inspirowana jest poezją Edgara Allana Poego – nic więc dziwnego, że subtelnym debussy’owskim pasażom towarzyszy nieustannie recytacja – co ciekawe – absolutnie nieirytująca. Tła oscylują między neoklasycyzmem w wydaniu pop, lekkim jazzem i bardzo delikatnym trip-hopem, zaś najciekawiej zaczyna się robić, gdy całość opuszcza rejestry pitolących gitarek i zaczyna się przycinać i zapętlać… Bardzo interesujące wydawnictwo, nawet dla tych, którzy zwykle cokolwiek z żywymi wokalami obchodzą szerokim łukiem.


Tony Conrad with Faust – Outside the dream syndicate [TABLE OF THE ELEMENTS]

 W ramach przygotowań do tegorocznego Atonala, który rzucił już pierwszą pulę line-upowych ogłoszeń. Jest tam parę smaczków, parę nowych projektów zamówionych specjalnie na festiwal i parę starych składów-legend. Do tych ostatnich należy z pewnością pierwszy od dwudziestu lat wspólny występ Fausta z Tonym Conradem, których album ‚Outside the dream syndicate’ z 1973 stanowi fascynującą fuzję krautrocka i dronów. Nie ukrywam – też go nie znałem, ale rozbudowane, dochodzące do pół godziny czasu trwania kompozycje z pętlami opętańczych smyczków i surowej perkusji od razu mnie porwały. Album to raptem pięć kompozycji, trzy najdłuższe z nich trwają łącznie niemal półtorej godziny i tworzą trzy dopełniające się, minimalistyczne pętle. Czysta hipnoza, nie mogę się doczekać końcówki sierpnia…

pięć strzałów z kwietnia

Zwykły wpis

R-EP035_MaxLoderbauerJacekSienkiewiczOrajt, w kwietniu ewidentnie dopadł mnie syndrom leniwego didżeja, stąd i odsłuchów jak kot napłakał, szczególnie tych singlowych. Z drugiej strony aż mnie ręce świerzbią, by porozpływać się nad dwoma nowymi albumami Varga, no, ale Ordnung muss sein – to jednak już majowe rilisy. Dobra, opędzlujmy ten kwiecień na szybkości:

Max Loderbauer & Jacek Sienkiewicz – Ridges [RECOGNITION]

Tego ciężko się było spodziewać. Dwa długaśne (powyżej tylko urywek) numery bez jednego bitu. Rozciągnięte ambientowe mazy, drone’owe wkrętki, sporo przestrzeni i oddechu plus echa zaśpiewów. Całości bliżej do Popol Vuh niż parkietowych wcieleń Sienkiewicza, te górki na okładce i w tytule to nie jest błędny trop.


Strië – Struktura [SEREIN]

Kolejna bezbitowa wycieczka. Leciutki, subtelny ambient ze sporą dawką field recording. Dopieszczone szczegóły, rozkosznie lekka atmosfera. W linkowanym numerze pod koniec nieśmiało cyknie dubtechno, ale to najbardziej dynamiczny moment albumu.


Feingold – Nuff Zang [1080p]

Ciekawy house z kasety. Bity ciosane na odlew i niechlujnie, jak należy, w tle subtelności, rozmarzone pady i pętle podduszonych wokali. Znajdzie się też numerek jungle’owy i juke’owy, ale utrzymane w podobnej, leniwej stylistyce.


Foreign – Baroc005 [BAROC]

Jak już pozostajemy w zwałowej estetyce, to nie mogło tu zabraknąć tego sztosiwa. Najnowsze wydawnictwo bardzo ciekawego kolońskiego labelu Baroc (notka w przygotowaniu) – cztery numery bez tytułów, z nieortodoksyjną konstrukcją, zaskakującymi zwrotami akcji i niesamowitym, odrealnionym klimatem. I znowu, podobnie jak wyżej, bity ciosane grubo, w klimacie moerbackowym, za to pady i sample nadają numerom rozkosznej lekkości. Zdecydowanie najciekawsze odkrycie z kwietnia.


Shaded Explorer – Resonance from the Abyss [KABALION]

Ok, o tym cudeńku już pisałem w kontekście całego labelu, ale żal nie przypomnieć takiej perły.


No i to właściwie by było na tyle jak chodzi o regularne odsłuchy. Z trochę innej bajki dorzuciłbym jeszcze nowego Tylera, czy epicki jazz Kamasiego Washingtona:


Bardzo zachęcająco brzmiał też preview albumu Cio d’Or dla Semantiki, niestety z całością zapoznam się dobrze dopiero w maju, tu więc tylko na smaczek:


No i na koniec nie sposób nie wspomnieć o lajwie który katuję przez cały miesiąc. Wielbiony przeze mnie Shaded Explorer a.k.a. Emanuele Pertoldi popełnił był dla Tresora (nie wiedzieć czemu, w ramach serii ‚new faces’) takie oto cudeńko: 

(SZYBKI) RZUT UCHEM: KABALION

Zwykły wpis

headerOk, tym razem krótka piłka, bo i label skromniutki. Szwedzki Kabalion to świeżutka, powstała w 2014, przybudówka już dość dobrze rozpoznawalnego Hypnus Records. Podobnie jak jego rodzicielski label zdaje się specjalizować w wyciszonym, głębokim techno i ambient-techno, bez jakichś specjalnych ambicji parkietowych, nadrabiającym za to atmosferą. W porównaniu z ofertą labelu-matki katalog Kabalion zapowiada muzykę jeszcze bardziej introwertyczną i wyciszoną, to też zresztą najbardziej konkretny wniosek, który można wyciągnąć z new-age’owo nadętego manifestu labelu (dostępnego tutaj. Dla cierpliwych!). Zamiast jednak pastwić się nad pompatyczną auto-deklaracją oficynki, lepiej przejść do odsłuchów, bo to znacznie bardziej satysfakcjonujące zajęcie.


Shaded Explorer – Resonance from the Abyss

Zaczniemy nieco od tyłu, od najnowszej pozycji (pun intended!), bo to ona zwróciła moją uwagę na młody label.
Nie ma co ukrywać, jestem psychofanem Włocha od czasu kapitalnego albumu dla Silent Season nad którym rozpływałem się kilka miesięcy temu. Katowany przeze mnie ostatnio jego live dla Tresora tylko utwierdził mnie w tym uwielbieniu. I chyba właśnie linkowane nagranie dla techno-skarbca byłoby dla kabalionowego singla lepszym punktem odniesienia niż album. Pertoldi śmielej sięga po techno, choć wciąż większość z czterech (pięciu w digitalu) numerów na wydawnictwie brodzi w gęstej ambientowej zupie. Zwraca uwagę strona ‚B’ – ze stosunkowo mocnym, motorycznym ‚Submarine Public Transport’ i klimatycznym, przywołującym VFTL nie tylko w tytule ‚Nestled in the Lake’. Jednak prawdziwą perłą jest drugi track ze strony ‚A’ – ‚Bake -Kujira’ – rozbudowany, z wyraźną narracją, kapitalnie dawkowany napięciem i narastającą energią, idealny gdzieś na początek seta, o ile komuś nie przeszkadzają okolice stu dziesięciu BPM. Mi nie.


Yuka / Antonio Ruscito – The First Elixir

Cofając się raptem kilka miesięcy wstecz natrafiamy na pierwsze winylowe wydawnictwo Kabalion. ‚The First Elixir’ uwarzony został z dwóch najefektowniejszych tracków z cyfrowej EPki Antonia Ruscito (ach, ci Włosi…) i dwóch numerów od syberyjskiej producentki Yuka (okolice Dashy Rush, wydawnictwa dla Fullpanda). ‚Composto C’ i ‚D’ od Włocha to grzęzawisko perkusjonaliów pod ambientową mgiełką, nieco po linii Varga.
Na drugiej stronie placka Yuka oferuje klimatyczne intro ze strzępkami  pięknej, rosyjskiej mowy (podobne rzeczy robił Kontext, samplując na swoim albumie Tarkowskiego), a do tego dwa nieco bardziej dynamiczne utworki, utrzymane w szybszych tempach niż te od Włocha, ale z podobnie gęstą, lekko synkopującą perkusją. Przyjemne cykanie.


Antonio Ruscito – Polveri di Ghiaccio

Ofertę labelu otwiera cyfrowa EPka od Antonio Ruscito. Za wyjątkiem dwóch mocniejszych numerów wyłuskanych potem na potrzeby pierwszego tłoczenia (patrz wyżej) całość ‚Lodowego Pyłu’ to ambientowy podmuch. Momentami pojawia się tu odległe tętno rytmu (‚Composto E’), ale ciężko będzie się upierać, że to ambient-techno. Przyjemne, eleganckie tła, które mogą chyba świadczyć o tym, że młodszy braciszek Hypnusa odważniej będzie zapędzał się na bezbeatowe rubieża…


…o czym zaświadcza też preview następnego wydawnictwa:

Periskop jest specjalistą od skupionego ambientu / dark ambientu – i, jak słychać w zajawce, w takim klimacie utrzymana będzia czwarta propozycja Kabaliona, która w podwójnym formacie (trzy winyle bądź mix na płycie CD) wyjść ma w czerwcu.

Ciężko sensownie wyrokować o labelu o tak skromnej ofercie, jednak jeżeli Kabalion utrzyma obecny kurs – tj głębinowe techniawki zdrowo rozcieńczone ambientem, może stać się bardzo przyjemnym uzupełnieniem oferty Hypnus. A jeżeli zadomowi się w nim Shaded Explorer, może stać się nawet bardziej interesujący od starszego braciszka…


Ach, no tak, na koniec jeszcze garść linków, oto: soundcloud / bandcamp / oficjalna strona oraz fanpage Kabalion Records.

W marcu nie użyję rymowanki o żadnym tam garncu.

Zwykły wpis

safe_imageJakoś nie było tego wyjątkowo dużo w tym smętnym jak oferta kulturalna radomszczyzny miesiącu. Zgodnie z aurą przeważają też snuje – ale za to jakie! Bez zbędnych ceregieli:

 Alva Noto – Xerrox vol. 3 [RASTER-NOTON]

 Pięć lat po „dwójce” i osiem po pierwszym ‚Xerroxie’ Carsten Nicolai domyka swój cykl. Według słów samego muzyka „trójka” stanowi swego rodzaju ścieżkę dźwiękową do filmów (właściwie: do wspomnień filmów), które mały Noto oglądał w dzieciństwie. Czy kogoś dziwi, że w czasach gdy Chemnitz wciąż nazywało się Karl-Marx Stadt mały Carsten namiętnie wpatrywał się w Tarkowskiego? Mnie też niespecjalnie, za to, podobnie zresztą jak samego pozbawionego unerwienia twarzy artystę, zaskakuje mnie ładunek emocjonalny jego najnowszego albumu. Zgrzyty, trzaski i kliki kojarzone stereotypowo z wytwórnią z Chemnitz są tu niemal nieobecne, na pierwszy plan wysuwa się zaś cudowne tło poprzednich Xerroxów: monumentalne kotary szumów i pogłosów. Mimo pozornego chłodu i dystansu „trójka” niepozbawiona jest emocji, a nawet – dare-i-say – pierwiastka ludzkiego, choć osiąga to bez kokietowania słuchacza choćby i strzępkami melodii. Imponujące dzieło, album do wielokrotnego odsłuchu.


Acronym – Mu [NORTHERN ELECTRONICS]

 Zaskakujący debiutancki albumik od młodego Szweda związanego z Northern Electronics. Choć ostatni wosk dla Semantiki mógł zapowiadać nieco inny materiał, wyraźnie widać, że pod skrzydłem papy Abdulli Acronym zdecydował się ujawnić łagodniejszą stronę swojej natury – nie uświadczymy tu ani momentu bitu w 4×4 – całość to gęsty, ale w żaden sposób nieprzytłaczający drone/ambient. Rozsmarowane w tle ‚Mu 4’ warstwy perkusjonaliów brzmią mocno jak z VFTL, i „leśny” klimacik dzieła pary Włochów stanowi dobry trop: na ‚Mu’ słychać też echa solowych dokonań Neela i Dozzy’ego. Melancholia, ale bez deprechy i dryg do melodii zbliżają ten album zwłaszcza do ‚Bee Mask’ – nie jest to ten poziom, ale miękkie, organiczne brzmienia debiutu Acronyma działają w podobny sposób kojąco. Jeżeli swoje najbliższe techno-single Szwed opanieruje w podobnych ciepłych ambienciwach, może zrobić się naprawdę ciekawie.


Nick Höppner – Folk [OSTGUT TON]

 Kolejny debiut na LP, tym razem od znacznie bardziej utytułowanego zawodnika. Höppner jest przede wszystkim szefem OSTGUT TON, od czasu do czasu zagra poranny set w Panorama Barze (miksował świetne Panorama Bar 04) sporadycznie coś wyprodukuje. Jego tracków nie jest sporo, ale od razu przyciągają ucho – kto pamięta kapitalne ISP, czy EPkę ‚Peck and a Pawn’, ten wie czego się spodziewać. ‚Folk’ to dopracowany w szczegółach, mięciutki, zgrabny house z więcej niż szczyptą techno. Momentami wykazuje brzmieniowe wycieczki w stronę echocordowej wersji dubtechno (‚Airway Menagament’), pojawia się nawet jackujący zawadiacko hiciorek z rozmarzonym wokalem – milutki, choć banalny ‚Come Closer’. Generalnie – nic rewolucyjnego, ale słucha się miękko i przyjemnie. Panorama Bar w niedzielne popołudnie.


Muslimgauze – Minaret Speaker [STAALPLAT]

Ech, nie ma niestety na tubce ‚Minaret1’ – dziesięciominutowej pętelki otwierającej ten wyszperany pół-repress (spora część materiału nie była jednak wcześniej publikowana). Brudno i monotonnie, rwane kłaki analogowych brudów, zapętlone frazy tabli, opętańcze zaśpiewy – i tak w kółko. Trans w lo-fi, derwiszcore. Więcej odsłuchów tutaj.


v/a – MDR Compilation [MDR]

Fajny, zróżnicowany składaczek. Momentami nieco monotonnie, ale czepiać się o to Marcela to jak iść po książkę do empiku i narzekać. Wybija się niepokojąco chrumkający track od Kobosila, perkusyjny wygibas od ACR i przede wszystkim rozkoszna pętelka od Antka Parasola, który po ostatnim remiksie dla Steraca wyrasta chyba na mojego ulubionego dostawcę toolsów z drivem.


Tadeo – Terra Incognita EP [TOKEN]

 Konsekwentnie w estetyce pozaziemskiej (jeśli nie kojarzycie ‚Speaking Aliens’ z własnego labelu Hiszpana to marsz do odsłuchu!). Perkusyjny swing jak z ‚Container of Contradictions’, neurotyczne sample jak z całej reszty produkcji Tadeo. Mocna, użyteczna rzecz.


Peter van Hoesen – Seventy Secrets [TIME TO EXPRESS] 

Może i trochę zapychacz, ale to przyjemna EPka. Pięć stonowanych, równych numerków z obowiązkowym tytułowym ambiencidłem na wstępie. Wybija się ‚Swerve Damiao’ z charakterystyczną vanhoesenową schodzącą melodią, oraz kapitalny, perkusyjny ‚Protagonist’ genialnie przełamany po breakdownie – track dla którego można pożałować, że całość wyszła tylko na cyfrze…


Max_M – Dissertation [M_REC]

 Esencja brzmienia M_REC. Dopieszczone numerki z krótkimi pętlami niepokojącej melodii, mocnym, parkietowym drive’m i kapitalną progresją, w tle coś-tam podzwania. Świetne, wysoce funkcjonalne toolsy.


Nicolas Jaar – Pomegranates – Sayat Nova
Na koniec – Jaar kokietuje hipsterską publikę udźwiękawiając na nowo Paradżanowa. Ze świetnym efektem, sprawdźcie zanim znów zdejmą z tubki: