MIESIĄC MIAŻDŻONEGO OWADZIEGO TRUCHŁA

Zwykły wpis

modanaurode-barwnik-koszenila-e120-1Sporo tego nie było – w czerwcu zamiast solidnego diggignu uskuteczniałem uturystycznianie się na przemian ze zgłębianiem lajnapu Atonalu (obiecuję notkę) i haniebnie zaniedbanej dyskografii Coil. Album Cio D’Or wychodził już od kwietnia, więc kiedy pod koniec czerwca w końcu dało się go usłyszeć w pełnej krasie, to trochę się zagapiłem, będzie słuchane w lipcu w końcu to taka słoneczna nuta, hue. Niemniej, cosik się tam uzbierało, w tym kilka perełek, więc bez zbędnych dywagacji:

Jacek Sienkiewicz – Drifting [RECOGNITION]

Na początek strzał od Kapitana Oczywistego . ‚Drifting’ to jak do tej pory jedno z najlepszych wydawnictw tego roku, eksperymentalne odpały Sienkiewicza (współpraca z Loderbauerem, Przeździeckim, czy Atomem) świetnie służą także jego klubowemu wcieleniu – długograj dla Recognition jest właśnie taki jak sugeruje jego tytuł: po prostu bez zbędnego wysiłku płynie. Track tytułowy linkuję z obowiązku (a także dla klimatycznego klipu), oprócz niego ogromne wrażenie robią jeszcze Vagrant Blues i wielki nieobecny edycji winylowej: No Matter What – dziesięć minut drobiazgowego cyzelowania szczegółów w monstrualnym, pozbawionym rozładowania build-upie. Są momenty, w których zazdroszczę traktorzystom, ten numer to wymarzone narzędzie

Przy okazji sprawdźcie dwa nowe wywiady z Sienkiewiczem: dla magazynu M/I (na papierze) i audycji Wymiana Tlenu na Stacji Mir na (cyfrowych) falach Radiofonii – <cyk>.


Vilod – Safe in Harbour [PERLON]

Pozostajemy w eksperymentalnych okolicach. Wspominany wyżej Loderbauer współpracował z Villalobosem przy placku dla Honest Jon’s, i – przede wszystkim – przy wspólnej reinterpetacji zbiorów niemieckiego ECM. Ten ostatni projekt mnie, dyplomatycznie rzecz ujmując, nie porwał, wrażeniu nie pomógł nawet unsoundowy występ panów w kościele Św Katarzyny. To właśnie jazzowe wpływy decydują o brzmieniu ich nowego wspólnego projektu Vilod, ale tym razem zamiast stężonej nudy otrzymujemy piękny, pełen niuansów album. Wyluzowane jazzujące wariacje plenią się swobodnie na oszczędnym rytmicznym rusztowaniu skleconym bez żadnych wątpliwości przez Ricardo, album nabiera dzięki nim charakterystycznego bezczasowego flow, przywodząc na myśl rozkoszną wyjebkę kontrowersyjnego „fryzjera„.


Eduardo de la Calle – Distance EP [ASKANCE DISKS]

Dobra, może i Uliczny Edek to rozpoznawalny po jednej nutce one-trick-pony, ale ja to kupuję. Jest jak zwykle: miękkie pacnięcia perkusjonaliów, chrumkania, analogowe ciepełko, garść prostych efektów i melodyjek. Na lato styknie.


Allesandro Cortini – Sonno [HOSPITAL PRODUCTIONS]

W ramach doszkalania się przed Atonalem (jak wrzucą pełen line-up obiecuję notkę). Cortini to koleżka z NIN, który od jakiegoś czasu wydaje też solowo (także jako Skarn – sprawdźcie ubiegłoroczną EPkę dla Avian). Ubiegłoroczne ‚Sonno’ to przecudowny, nastrojowy trip. Subtelne dronowe mazy, lekko rdzewiejące na krawędziach i to tyle z tego industrialu. Świetny nocny album nieco po linii Coil.


Rrose – For Aquantice [EAUX]

Wiadomo, Rrose poniżej pewnego poziomu nie schodzi. Tym razem chyba nieco bardziej imprezowo – poza ‚Levitate’, typowym intrem, dwa pozostałe numerki to niegłupie, energiczne toole: monumentalne ‚Vellum’ i wiercące ‚Signs’ z intrygującym outrem. Przy okazji – łapcie dość wnikliwy wywiad z Rrosem dla Eliptik.


Korridor – Taotast [NORTHERN ELECTRONICS]

Chyba w końcu przekonuję się do tego gościa. Po imho nieco generycznych rzeczach dla Hypnus, Szwed w końcu pokazuje pazurki. Wspaniały, rozbudowany trip: chaszcze perkusjonaliów, tchnienie padów i charakterystyczny chłodek, momentami nieco Tadeo-wate muśnięcia. Must buy.


Trevino – Eclipce [KLOCKWORKS]

Instant classic, aż szkoda kupować, bo zanim zamelduje się listonosz, wszyscy będą go już grali od miesiąca, do końca roku tytułowy track będzie zajechany jak, nie przymierzając – ‚Never grow old’ w zeszłe lato. Niemniej – to kawał przyzwoitego, funkcjonalnego łupanka – z nieco jungle’ującą perką, słodką melodyjką, charakterystycznym mruczeniem sprężonego basu a przede wszystkim – świetnym drivem. Rzućcie też uchem na trzeci track – rozmarzony, przestrzenny setodomykacz.


Shed – Constant Power [THE FINAL EXPERIMENT XX3]

Shed ciągle w formie. Unikalne połączenie brudu i lekkości. Sprężenia, które nie męczą, pady, które nie usypiają. Te cztery traczki najbardziej przypominają numery wydane przez Pavlovitza pod szyldem The Traveller, czy co mocniejsze momenty z ‚Shedding the past’. Bengiery z duszą.


Na koniec, tradycyjnie, secik:

Shaded jest już tu regularnym gościem. Tym razem podrzucam prześliczny wyjątkowo łagodny secisz dla Deep Electronics – trochę własnych produkcji z ‚Rainfall’ na czele, cenne przypomnienie nieco pomijanych tracków Dozzy’ego z Anną Caragnano, generalnie – śliczności, jak zwykle. Sprawdzajcie koleżkę regularnie, ptaszki przy studni ćwierkają, że jesienią zawita do Polski…

Reklamy

Styczniowa klęska urodzaju

Zwykły wpis

vargOj, nazbierało się na przełomie lat sporo wartych uwagi rilisków. Jeśli dodać do tego nadrabianie kilku haniebnych zaniedbań z minionego roku, wychodzi na to, że sporą część stycznia spędzałem leżąc plackiem w pokoju i słuchając nowej muzyki. Co jest mniej więcej prawdą – w końcu co lepszego można robić kiedy za oknem pada to lepkie, zimne, białe gówno? (Proste , że integrowanie się z płcią przeciwną, bądź oglądanie nominacji oscarowych NIE jest lepsze od słuchania szwedzkich droniw i technawek, jeśli uważacie inaczej, macie tu wideo Bradleya „Drewniaka” Coopera tulącego lalkę, i spieprzać mi stąd, dziwaki.)
No to jedziemy, kolejność raczej przypadkowa:


E – 00/000/0000 EP [DEEP MOVES]


Pod tym, umówmy się, z deka pretensjonalnym szyldem (ileż można…) kryje się całkiem przyjemna EPka. Mięciutkie, rozmarzone techenko, z mocnymi wpływami nowego dubtechno. Dosłuchać się tam można Evigt Morkera czy Shlømo – i to nie będzie złe skojarzenie, bo hołubiony przeze mnie ostatnio Francuz popełnił na pierwszej stronie remiks „00”. Najciekawszym strzałem jest jednak pięknię rozwijające się, epickie zamykające stawkę „0000”.


 

Sterac – The Hypnoticus Remixes [DELSIN] 


Użyteczny, typowo djtoolski pompujący numerek wzięty na warsztat przez zacne grono remikserów – Vrila, Dehnerta i duet Anthony Parasole & Phil Moffa. I właśnie efekt pracy tych ostatnich robi największe wrażenie – wyjątkowo efektywny, energetyczny track. Drive w czystej postaci.


Varg – Gravrösens Bortglömda Band  [SEMANTICA]


Zainspirowany sylwestrowym bukingiem Brutażu i absolutnym rozsmarem jaki mi uczynił w Tresorze premierowy live Ulwhednar (Varg + Abdulla Rashim) postanowiłem przesłuchać wszystkie piosenki tego ponurego wikinga, który wygląda jakby urwał się z jakiejś blackowej kapeli. Na początek – oczywisty wybór, czyli rilis dla niezawodnej Semantici – i już wiadomo, że koniec roku w tej wytwórni należał do Szwedów (miesiąc temu wspominałem o ‚Yggdrasil’ Acronyma). Numery Varga z tego placka to hipnotyzujące techno-tripy oparte na pędzących, ale nie mających w sobie nic z toporności perkusjonaliach. Do tego nieortodoksyjne tempa i ambientowe tchnienie, które jest tu czymś więcej niż tylko wypełniaczem tła. Magia! A to dopiero początek…


Varg & Hypnobirds – Linje 19 [CLAN DESTINE]


Ciągle pod głównym nickiem, ale już bardziej w kierunku okolic które intensywnie eksploruje w swoich licznych innych projektach. Darkambientowa tafla, które topnieje tylko na chwilkę, by odsłonić techno-szkielet (z deka acidowy, choć w mocno stężałym tempie), a zaraz po nim znowu się nad nim zamknąć. Ja wiem, że to klisza – ale nie wyobrażam sobie, by ten mini album mógł powstać gdziekolwiek poniżej pięćdziesiątego równoleżnika.


D.Å.R.F.D.H.S. – Killing Is No Murder [OPAL TAPES]

Powyższy akronim pochodzi od Dard Å Ranj Från Det Hebbershålska Samfundet. Oczywiście. To trzyosobowa grupa w której udziel się milusiński Varg. Generują z siebie monumentalny, orkiestralny ambient/drone, zbaczający chwilami w noise. W dziedzinie muzyki wydawanej na kasetach w nakładzie stu sztuk jestem laikiem, pozwólcie więc, że ograniczę się do podlinkowania ostatniego wydawnictwa dla Opal Tapes i polecenia by rozpocząć odsłuch od drugiego tracka – podszytego jeszcze perkusjonaliami rodem z Vargowym techenek, a następnie zanurkować w odmęty reszty albumu.


Oczywiście – jest tego znacznie więcej. Ale Varg jest taki dobry, że warto sobie go dawkować. Zerknijcie jeszcze na Ulwhednar (wspomniane kolabo z Rashimem, też wydane na kasetkach). No i z pewnością jeszcze go tu zobaczycie . Tymczasem wrócę do reszty styczniowego łupanka:


Hiss: 1292 – Veve EP [DEMENT3D]


Drugie wydawnictwo tajemniczego duetu dla francuskiego labelu i ponownie strzał w dziesiątkę. ‚Vevo’ jest zdecydowanie mocniejsza niż poprzedniczka, co nie oznacza, że powinniście się spodziewać ciupania na oślep. Cztery niezwykle gęste, nerwowe numerki ze świetnie budowanym napięciem (‚Augun!’). Ściana niegłupiego łupania.


Eduardo de la Calle – Methodical Machines EP [CADENZA]


And now for something completely different…
Edek, jak to Edek – jest rozpoznawalny na pierwszy rzut ucha. Otwierające EPkę ‚Gajapati’ brzmi jako żywo jak odpad produkcyjny po semanticowym ‚Quasi-Calligraphic’, czy ‚The Promise’ dla Modularz. Ale nawet jeżeli – to co to jest a odpad! Jeżeli nawet te numery są generyczne – to życzyłbym takiej sztampy każdemu. Tak czy inaczej – im dalej w EPkę, tym robi się ciekawiej: uwagę przykuwa build-up w ‚The Demigod’s Control’ czy nerwowe ‚White Noise for James’. Jednak prawdziwą perełkę stanowi numer zamykający wydawnictwo: inspirowany andaluzyjskim flamenco (ale z pomysłem, to nie jest li tępy sampling!) ‚Concierto de Aranjuez’. Wieńcząca track partia gitary w wielu innych okolicznościach byłaby mocno cheesy, tu, po dziewięciu minutach hipnotycznej pulsacji przynosi błogie rozprężenie. No dobra, może i jest odrobinkę kiczowata.


Hieroglyphic Being – A Synthetic Love Life [+++]


Odkopane. Ten koleżka wydaje tyle, że naprawdę ciężko to ogarnąć. Interesujący mały albumik dla sublabelu Mathematic. Dziwaczne, bezczasowe houesiwa – czasem kwaśne, brudne i zgrzytliwe, czasem, jak w tjunie powyżej, anielsko łagodne i rozkosznie wyluzowane. Całość psychodelicznie rozjechana i ujmująco nonszalancka.


 

Frank Bretschneider – Sinn + Form [RASTER – NOTON]


Wbrew pierwszym wrażeniom Bretschneider zawsze wydawał mi się jednym z najbardziej przystępnych przedstawicieli oficyny z Chemnitz. Nie inaczej jest i tym razem – nowe LP może wydawać się błahą głupawką przy poprzednich wydawnictwach Bretschneidera, ale to i tak całkiem zajmująca pozycja. Rozkosznie wkurwiające bleepy, którym jednak po dłuższym czasie zaczyna brakować brudu i ciężaru – no cóż, ‚Rhythm’ to to nie jest, ale można posłuchać.


Ryuichi Sakamoto, Illuha, Taylor Deupree – Perpetual [12K]


Owoc pierwszego spotkania grupki muzyków i improwizowanego wspólnego występu w Japonii. Mnóstwo przestrzeni i oddechu, dyskretne szumy i strzępki field recordings, gdzieś w tle rozmazany w reverbach fortepian Sakamoto. Piękny, kojący album.


No i to by było na tyle. Nowy Vril ciągle na tapecie, RSS B0ysi – jednak wciąż meh, druga część Arrangements in Monochrome Shifteda mnie wymęczyła, składak Dystopianów również bez szału.