Umaić, albo miesiąc włoski w Lidlu

Zwykły wpis

self-mythology-950x530W maju poszło sporo nieco bardziej wykręconych rzeczy, jakieś kwasiwa, szczypta hiciorków. Wyjątkowo mocna reprezentacja Włochów (bo jeszcze przecież Dozzy i perełki minimalizmu [przewińpodetale]). Za osiągnięcie poczytuję sobie to, że w końcu przekonałem się do Pro8l3mów (K-Pax!), ale o tym akurat pisali bardziej oblatani w temacie dyletanci, więc nie będę strzępił paluchów. Do notki wkradło się też już kilka rzeczy z ostatnich dni, ale temu jasnowidztwu na imię prokrastynacja, ostatecznie jesteśmy już po kolana w miesiącu czerwia.


Tom Dicicco – Shadows & Teras EP [DELSIN]

Dicicco nie rozpieszcza słuchaczy ilością wydawnictw, ale zawsze warto na nie czekać. Jego debiut dla Delsina to chyba mój ulubiony rilis z maja. Lekkość żeniona z dosadną stopą, chłodna elegancja chordów z delsinową chropowatością. EPkę zamyka przepiękny, złożony Fallen Spaces. TIP.


Boston 168 – Laq02 [ATTIC MUSIC]

 Kwasa wrzucamy z głową.


Le Matos – Turbo Kid OST [self-release]

Ejtisowy soundtrack do doskonałego, nostalgicznego filmu o chłopięcym dorastaniu (sprawdźcie go koniecznie, btw -> <click>). Kanadyjski duet electro świetnie czuje klimat, this shit is on fire. Stężenie patosu niemiłosierne, ale wybaczalne, w końcu to soundtrack do postapokaliptycznego filmu o nastolatku na beemiksie i robotach, czy może być coś wznioślejszego?


Jorge Velez – Animals Disk [L.I.E.S.]

Chyba mój ulubiony z bardziej wykręconych reprezentantów kłamczuszków. Pięć dźwiękowych miniaturek z totalną wyjebką na parkietową użyteczność, za to z intrygującymi brzmieniami i analogowym ciepełkiem. Za krótkie, trzeba zapętlać.


Shlømo – The Rapture EP [ARTS COLLECTIVE]

Prawdopodobnie hicior lata. Wszystkie numery niezłe, ale wiadomo, że liczy się tylko linkowany remiks Emmanuela. Struktury rytmiczne i chropawe brzmienia bezbłędnie wskazują na nową szkołę francuską, jednak naprawdę ciekawie się robi kiedy wchodzą epickie, transowe synthy. Ciągle nie jestem pewien czy ten numer jest cheesy w dobrym, czy złym sensie, ale zastanawiam się tak już od kilkudziesięciu przesłuchań, a w międzyczasie kupiłem placka.


Meta – Ambienti vol. I [KABALION]

Hołubiony już przeze mnie sublabel Hypnusa powraca do rytualnych klimatów. Cztery przyzwoite plemienne pętelki ze zdrową zawartością ambientozy. Każdemu jego toolsy.


Lucy – Self Mythology [STROBOSCOPIC ARTEFACTS]

Lucynka odważnie i do przodu. Zgodnie z przewidywaniami, na najnowszym albumie dla SA nie znajdziecie ani jednego przewidywalnego 4×4 bangierka, ale i nie będzie Wam go brakować. Mrok bez zamuły, plemiennie perkusjonalia bez banalnych klisz, syntetyczna niedookreślona etniczność bez tandetnej samplozy. Od czasu do czasu technołojanci chcą zaprezentować nieco bardziej artsy stuff, efektem czego często są rozwleczone ambienty bez polotu (vide: lajwy ekipy Northern Electronics na zeszłorocznym Atonalu), jednak to nie przypadek Lucka. Leśne techno dla koneserów.


Peter van Hoesen – Quadra EP [DEKMANTEL UFO SERIES]

Promocyjny zabieg holenderskiego festiwalu – sublabel promujący jedną z jego scen. Listę otwiera niezwykle trafnie Van Hoesen – reszta tracków nic specjalnego, ale numer tytułowy to przepiękny, wykręcony sztos. Tak, ja wiem, że to nieco bardziej pompujący klon Axis Mundi, ale robi niemniej.



Na koniec, tradycyjnie, sety:
Czarny koń ze Szczecina. Co za drajw, co za selekcja! Trochę zdrowego łupania, mięsisty środek, ale przede wszystkim – po fińsku wykręcony, niepokojący finał. Warto śledzić tego koleżkę, szkoda, że od siebie bliżej mu do berlińskiej Areny niż do małopolskich piwnic.

Co tu się odfranciszkowuje?! Rodzimy podcast od reprezentanta niezwykle interesującego Midgar (któremu, swoją drogą, należy się osobny tekst). Niebanalny miks, świeża selekcja, sunie jak dobry analogowy live (i przywodzi na myśl podróże Vrila). Skąpo wydzielana tracklista to kopalnia diamentów (i niezła reklama dla labelu). Acha – Ruhig jest Włochem, bez zdziwka, nie?


No to na koniec bonus wprost z intrygującego walla nieocenionego Plewickiego – dziewięć pereł włoskiego minimalizmu z lat siedemdziesiątych. Przystępniej i chyba ciekawiej niż w wersji Cage’a, a na pewno okładki lepsze.

Tutaj całość:
https://blogthehum.wordpress.com/2016/03/30/the-obscure-brilliance-of-italian-minimalism-in-nine-albums/


A, niech będzie, w bonusie jeszcze dwa ciekawe filmy (o Turbo Kid już wspomniałem wyżej). Jedna świeżynka, jeden klasyczek:

1979-and-justice-for-all

„…I sprawiedliwość dla wszystkich” (Norman Jewison, 1979)

Stylowy dramat sądowy z mojej ulubionej dekady amerykańskiego kina. Al Pacino musi bronić dość obleśnego sędziego oskarżonego o gwałt. Arcyciekawy konflikt etyki osobistej i profesjonalnej plus zniuansowane, wielowątkowe tło społeczne.

skarb_b1-e1463053609938

„Skarb” (Corneliu Poromboiu, 2015)

Slow Cinema X Nowa Fala Rumuńska X bracia Coen. Zabawna, snujska czarna komedia z rozwleczonymi gagami i mocnymi wątkami ekonomicznymi. Śmieszne i świeże. Typ zrobił też „12:08 na wschód od Bukaresztu” i arcysnujskiego, niegłupiego „Policjanta…”, więc jest najwyraźniej przekozakiem.

W marcu nie użyję rymowanki o żadnym tam garncu.

Zwykły wpis

safe_imageJakoś nie było tego wyjątkowo dużo w tym smętnym jak oferta kulturalna radomszczyzny miesiącu. Zgodnie z aurą przeważają też snuje – ale za to jakie! Bez zbędnych ceregieli:

 Alva Noto – Xerrox vol. 3 [RASTER-NOTON]

 Pięć lat po „dwójce” i osiem po pierwszym ‚Xerroxie’ Carsten Nicolai domyka swój cykl. Według słów samego muzyka „trójka” stanowi swego rodzaju ścieżkę dźwiękową do filmów (właściwie: do wspomnień filmów), które mały Noto oglądał w dzieciństwie. Czy kogoś dziwi, że w czasach gdy Chemnitz wciąż nazywało się Karl-Marx Stadt mały Carsten namiętnie wpatrywał się w Tarkowskiego? Mnie też niespecjalnie, za to, podobnie zresztą jak samego pozbawionego unerwienia twarzy artystę, zaskakuje mnie ładunek emocjonalny jego najnowszego albumu. Zgrzyty, trzaski i kliki kojarzone stereotypowo z wytwórnią z Chemnitz są tu niemal nieobecne, na pierwszy plan wysuwa się zaś cudowne tło poprzednich Xerroxów: monumentalne kotary szumów i pogłosów. Mimo pozornego chłodu i dystansu „trójka” niepozbawiona jest emocji, a nawet – dare-i-say – pierwiastka ludzkiego, choć osiąga to bez kokietowania słuchacza choćby i strzępkami melodii. Imponujące dzieło, album do wielokrotnego odsłuchu.


Acronym – Mu [NORTHERN ELECTRONICS]

 Zaskakujący debiutancki albumik od młodego Szweda związanego z Northern Electronics. Choć ostatni wosk dla Semantiki mógł zapowiadać nieco inny materiał, wyraźnie widać, że pod skrzydłem papy Abdulli Acronym zdecydował się ujawnić łagodniejszą stronę swojej natury – nie uświadczymy tu ani momentu bitu w 4×4 – całość to gęsty, ale w żaden sposób nieprzytłaczający drone/ambient. Rozsmarowane w tle ‚Mu 4’ warstwy perkusjonaliów brzmią mocno jak z VFTL, i „leśny” klimacik dzieła pary Włochów stanowi dobry trop: na ‚Mu’ słychać też echa solowych dokonań Neela i Dozzy’ego. Melancholia, ale bez deprechy i dryg do melodii zbliżają ten album zwłaszcza do ‚Bee Mask’ – nie jest to ten poziom, ale miękkie, organiczne brzmienia debiutu Acronyma działają w podobny sposób kojąco. Jeżeli swoje najbliższe techno-single Szwed opanieruje w podobnych ciepłych ambienciwach, może zrobić się naprawdę ciekawie.


Nick Höppner – Folk [OSTGUT TON]

 Kolejny debiut na LP, tym razem od znacznie bardziej utytułowanego zawodnika. Höppner jest przede wszystkim szefem OSTGUT TON, od czasu do czasu zagra poranny set w Panorama Barze (miksował świetne Panorama Bar 04) sporadycznie coś wyprodukuje. Jego tracków nie jest sporo, ale od razu przyciągają ucho – kto pamięta kapitalne ISP, czy EPkę ‚Peck and a Pawn’, ten wie czego się spodziewać. ‚Folk’ to dopracowany w szczegółach, mięciutki, zgrabny house z więcej niż szczyptą techno. Momentami wykazuje brzmieniowe wycieczki w stronę echocordowej wersji dubtechno (‚Airway Menagament’), pojawia się nawet jackujący zawadiacko hiciorek z rozmarzonym wokalem – milutki, choć banalny ‚Come Closer’. Generalnie – nic rewolucyjnego, ale słucha się miękko i przyjemnie. Panorama Bar w niedzielne popołudnie.


Muslimgauze – Minaret Speaker [STAALPLAT]

Ech, nie ma niestety na tubce ‚Minaret1’ – dziesięciominutowej pętelki otwierającej ten wyszperany pół-repress (spora część materiału nie była jednak wcześniej publikowana). Brudno i monotonnie, rwane kłaki analogowych brudów, zapętlone frazy tabli, opętańcze zaśpiewy – i tak w kółko. Trans w lo-fi, derwiszcore. Więcej odsłuchów tutaj.


v/a – MDR Compilation [MDR]

Fajny, zróżnicowany składaczek. Momentami nieco monotonnie, ale czepiać się o to Marcela to jak iść po książkę do empiku i narzekać. Wybija się niepokojąco chrumkający track od Kobosila, perkusyjny wygibas od ACR i przede wszystkim rozkoszna pętelka od Antka Parasola, który po ostatnim remiksie dla Steraca wyrasta chyba na mojego ulubionego dostawcę toolsów z drivem.


Tadeo – Terra Incognita EP [TOKEN]

 Konsekwentnie w estetyce pozaziemskiej (jeśli nie kojarzycie ‚Speaking Aliens’ z własnego labelu Hiszpana to marsz do odsłuchu!). Perkusyjny swing jak z ‚Container of Contradictions’, neurotyczne sample jak z całej reszty produkcji Tadeo. Mocna, użyteczna rzecz.


Peter van Hoesen – Seventy Secrets [TIME TO EXPRESS] 

Może i trochę zapychacz, ale to przyjemna EPka. Pięć stonowanych, równych numerków z obowiązkowym tytułowym ambiencidłem na wstępie. Wybija się ‚Swerve Damiao’ z charakterystyczną vanhoesenową schodzącą melodią, oraz kapitalny, perkusyjny ‚Protagonist’ genialnie przełamany po breakdownie – track dla którego można pożałować, że całość wyszła tylko na cyfrze…


Max_M – Dissertation [M_REC]

 Esencja brzmienia M_REC. Dopieszczone numerki z krótkimi pętlami niepokojącej melodii, mocnym, parkietowym drive’m i kapitalną progresją, w tle coś-tam podzwania. Świetne, wysoce funkcjonalne toolsy.


Nicolas Jaar – Pomegranates – Sayat Nova
Na koniec – Jaar kokietuje hipsterską publikę udźwiękawiając na nowo Paradżanowa. Ze świetnym efektem, sprawdźcie zanim znów zdejmą z tubki:

Stoner movies

Zwykły wpis
Jeff-Spicoli-with-a-plastic-bong(Artykuł pierwotnie ukazał się w ‚Spliffie’ nr 50)

Każdy kto kiedykolwiek po przedłużonej sesyjce ze spliffem usiłował wraz z kumplami skoordynować jakiekolwiek działania poziomem komplikacji przekraczające zaparzenie herbaty wie w jak epickie przedsięwzięcie potrafią się zmienić już zamierzenia tak złożone jak zamówienie pizzy, uruchomienie filmu i otworzenie piwka. A jeżeli do tego nasze plany obejmą przemieszczanie się poza dom na większe odległości – wtedy całość urasta do rozmiarów misji godnej co najmniej krótkiego opowiadania. Albo filmu. Trudności te nie są obce konsumentom konopi pod każdą szerokością geograficzną, nic więc dziwnego, że uniwersalna, a ważka tematyka zmagań z nieogarem nie umknęła uwadze rzemieślników z Fabryki Snów – za których sprawą od końca lat siedemdziesiątych możemy rechotać głupkowato przy kolejnych amerykańskich stoner movies.


tumblr_ljg0g5u0Wx1qg1g7eo1_500

Omówienie zjawiska wypadałoby zacząć od wyjaśnienia zasadniczego rozróżnienia – jeżeli mówimy o stoner movie jako o (pod)gatunku filmowym – to nie mamy oczywiście na myśli po prostu dzieła, które dobrze się ogląda po paru buchach. Ostatecznie wszak w tej kwestii wyobraźnia palaczy nie zna granic i każdy kto odpływał przy Świętej Górze, odjechanych kreskówkach, czy filmach przyrodniczych Davida Attenborougha (polecam!), potwierdzi, że na wizualną zagrychę pod jointa nadawać się mogą dzieła z każdej nieomal szufladki gatunkowej. Co więcej – w tej kwestii łaska palaczy na pstrym koniu jeździ. Stoner movies da się jednak ująć w bardziej tradycyjnych klasyfikacjach i na wzór tradycyjnych gatunków opisać za pomocą powracających motywów, archetypów postaci, powtarzalności miejsc i rekwizytów.

W skrócie – konwencja stoner movie zakłada historię o przeważnie męskiej grupce przyjaciół (w tym sensie można je uznać za odmianę ziomalskiego buddy movie), którzy spędzają razem czas przysmażając blanty i generalnie olewając jakiekolwiek „poważne” zajęcia. Kluczowe dla gatunku hobby głównych bohaterów sugerowałoby szczątkową ilość fabularnych atrakcji (i tak jest w istocie na przykład w Piątku (1995), rozgrywającym się przez większość czasu na ganku jednego z protagonistów), ale z tym problemem scenarzyści radzą sobie zazwyczaj gładko – głównie piętrząc przed stonerami absurdalne przeszkody (od zbiegłego geparda w Harold and Kumar go to the White Castle (2004) po Apokalipsę w This is the End (2013)). W sukurs scenarzystom idzie zresztą sama natura błogiego odurzenia – bohaterowie znajdują się zwykle w takim stanie, że wystarczającym motorem akcji mogą być zadania tak prozaiczne jak zapłata rachunku za elektryczność (Ciastko z niespodzianką (2007)), czy odnalezienie samochodu (Stary, gdzie moja bryka (2000)). Po prawdzie jednak – czegokolwiek nie mieliby dokonać upaleni protagoniści, to ich działania zwykle są tylko pretekstem do przedstawienia szeregu mniej lub bardziej idiotycznych gagów.


adrien brodyKluczowym elementem stoner movie jest jednak, rzecz jasna – sam tytułowy stoner – a w właściwie cała ich galeria. Sama archetypiczna postać palacza marihuany przechodziła co prawda pewne zasadnicze przemiany od lat sześćdziesiątych, gdy na dobre zadomowiła się w popkulturze, jednak najważniejsze jej rysy pozostały właściwie niezmienne. Co do reguły, stoner portretowany był jako życiowy abnegat, zwykle bez pracy, bądź parający się dość luźnym zajęciem, no i rzecz jasna – o więcej niż olewczym stosunku do świata ogólnie uznanych wartości – takich jak higiena, punktualność czy odpowiedzialność. Co interesujące – choć szeregi filmowych stonerów zasilają przedstawiciele wszystkich ras, to zasadniczo trudno wśród nich szukać kobiet – poza nielicznymi wyjątkami (niezapomniana Jane z Ciastka z niespodzianką, drugoplanowa Jodi we Wpadce (2007)) stonerzy to sami faceci.

Jednak poza tymi niezmiennymi, archetypicznymi niemal cechami figura stonera w swoich kolejnych realizacjach przechodziła też pewne przemiany – jako że były one nierozerwalnie związane z samym charakterem stoner movie najlepiej będzie prześledzić je wraz z ewolucją samego podagatunku.


Cheech and Chong. Ojcowie gatunku

Choć już wcześniej można by znaleźć filmy, w których przewijają się postaci – pierwowzory późniejszych stonerów (The Trip Cormana z 1967, Easy Rider (1969) [dygresja muzyczna – upalonego Nicholsona opowiadającego Hopperowi o UFO zsamplował na ‚Adventrues in Foam‚ Tobin], czy nawet Kot Fritz (1972-4)), to niekwestionowanymi pionierami gatunku była para początkujących aktorów – Tommy Chong i Cheech Marin, którzy w 1978 wystąpili w klasycznym Up in  Smoke. Przypominające nieco fabułę Hair perypetie unikającego służby wojskowej bezrobotnego bębniarza Chonga były tylko pretekstem do serii dobrze chyba już znanych wszystkim skeczy – z paleniem jointów z psich odchodów i konstrukcją ciężarówki ze sprasowanej marihuany na czele. Interesująca była przede wszystkim konstrukcja głównych bohaterów – uosabiających w istocie stereotypowe wyobrażenia na temat konsumentów marihuany. Chong to zarośnięty, gapowaty hippis po trzydziestce sprawiający wrażenie jakby nie zorientował się, że epoka Dzieci Kwiatów dawno się skończyła, natomiast rechoczący, rubaszny Cheech zdaje się chodzącym uosobieniem stereotypów na temat leniwych, kopcących sensimillę Latynosów wprost z propagandy Anslingera. Mimo tego przerysowania (a może właśnie dzięki niemu) ogólna wymowa serii wydaje się być raczej kontrkulturowa – na zasadzie konfrontacji tytułowych wesołków z przedstawicielami „sztywnego” społeczeństwa – w tym z organami ścigania.

Up in the Smoke doczekało się licznych kontynuacji, rozrastając się w pokaźną serię, i choć na uwagę obok pierwszej części załuguje właściwie tylko pierwszy sequel (Cheech and Chong’s Next Movie z 1980), to nie da się ukryć, że para jego głównych bohaterów dała początek całej serii kopcących skręty filmowych abnegatów.


Dude

O ile w latach siedemdziesiątych, w epoce kulturalnego backlashu (konserwatywnej czkawki okresu Nixona, rewidującej wolnościowe ideały poprzedniej dekady) palacz marihuany nawet w odrealnionych stoner movies musiał niezawodnie nosić silny sznyt kontrkulturowy (w komplecie ze skołtunioną brodą), o tyle wraz ze słabnięciem antynarkotykowej paranoi możliwym stało się pokazywanie nieco bardziej zwyczajnych konsumentów – w tym licealistów (Dazed and Confused z 1993, u nas znane jako Uczniowska Balanga) i studentów.

W latach osiemdziesiątych zaczyna się też wykształcać figura dude’a – koleżki, może nie w pełni zgranego z rytuałami społeczeństwa, ale też bynajmniej nie kontestującego go otwarcie. Dude w istocie po prostu je zlewa, w czym pomaga mu konsumpcja sporych ilości zioła. Sztandarowego przedstawiciela tego typu odegrał w 1982 nie kto inny, a Sean Penn – wcielając się w rolę wyluzowanego surfera w Beztroskich latach w Ridgemont High. Ten model stonera znalazł liczne kontynuacje, nierzadko w wyśmienitych kreacjach aktorskich – od drugoplanowych rólek Keanu Reevesa (Fantastyczne przygody Billa i Teda (1989)), Matthew McConaughey’a (Uczniowska balanga), czy nawet Brada Pitta (Prawdziwy romans (1993)), po wzorcowego Dude’a Jeffe’a Bridgesa w Big Lebowskim (1998). W filmie braci Coen Dude nie tylko nie jest już godnym politowania looserem, ale dzięki stoickiej postawie ze wszystkich postaci zdaje się najlepiej radzić z chaosem otaczających wydarzeń – na tyle dobrze, by poradzić sobie z agresją niemieckich nihilistów i przespać się z Julienne Moore. No i na koniec – nie trzbe chyba przypominać, że do tej kategorii pasują jak właściwie wszyscy bohaterowie Sprzedawców (1994) na czele z Jayem i Cichym Bobem?


Komedie hip-hopowe

Odrębną, choć dość oczywistą grupą stoner movies są powstające od końca lat dziewięćdziesiątych komedie hip-hopowe, często w gwiazdorskiej obsadzie aktywnych muzyków. Do sztandarowych przykładów należą Soul Plane (2004) ze Snoop Dogiem, How High (2001) (czy ktokolwiek wiedział, że polski tytuł tego dziełka to „Superzioło”?) z Method Manem i Redmanem, czy Piątek (1995) z Ice Cubem. Większość z nich nie oferuje może humoru zbyt wysokich lotów, zamiast tego możemy obserwować niezliczone sceny wymyślnego smażenia jointów, okraszonego niezłą muzyką. Na uwagę zasługuje może ostatni z wymienionych – w którym miejsce epatowania grubymi jointami zajęła interesująca obserwacja czarnego przedmieścia, a bezczynność głównych bohaterów zamiast być przerywana wysilonymi zwrotami akcji stanowiła wartość samą w sobie, nadając filmowi pożądane leniwe tempo.


Nowoczesne stoner movie

Jednak gdy dziś mówimy o stoner movie, zwykle mamy na myśli nowoczesną formę gatunku – wyjątkowo rozbuchane komedie o zawrotnym (szczególnie jak na percepcję palacza) tempie akcji, nierzadko z pewnym przesłaniem moralnym. Początek współczesnej wersji konwencji dały chyba Half Baked, znane u nas jako Żółtodzioby (1998), w których po serii głupawych skeczy związanych z handlem medyczną marihuaną David Chapelle rzuca marihuanę dla wybranki serca… Współczesne stoner movies mają swoje serie – na czele z Haroldem i Kumarem (od 2004) – multietniczną wersją Cheecha i Chonga. Co ciekawe – we współczesnych komediach o palaczach samo palenie stało się tak oczywiste, że praktycznie przestaje być jakimś szczególnym wyznacznikiem tożsamości bohaterów – palą bowiem niemal wszyscy, a tym co wyróżnia protagonistów jest raczej ilość konsumowanej marihuany i wybór związanego z nią stylu życia. Jednocześnie zaś samo zioło przestało być rekwizytem jakoś wyjątkowo kontrkulturowym – weźmy na przykład postać Harolda, który jest palaczem weekendowym, w tygodniu zaś pracuje pod krawatem jako analityk finansowy – rzecz nie do pomyślenia dla stonerów z lat siedemdziesiątych! Popalanie trawki zdarza się nawet wykładowcom uniwersyteckim (jak skuszonemu przez brata-bliźniaka – klasycznego stonera Edowi Nortonowi w Leaves of Grass (2009)), ba! –  mamy nawet film z palącą na potęgę drogówką stanu Vermont (Straż Wiejska (2001)), której ulubionym zajęciem jest straszenie zjaranych małolatów i konfiskata zioła… Cóż, każdy naród ma taką „Drogówkę”, na jaką sobie zasłużył…

Innym wyznacznikiem charakterystycznego dla ostatniej dekady podejścia do stoner movies jest ich przenikanie się z innymi podagatunkami – przede wszystkim (ale nie tylko) komediowymi. Rysy „filmów pod chmurkę” noszą zarówno prześmiewcze teenage slashery (cykl Straszny Film (od 2000), szczególnie druga jego część (2001), Dom w głębi lasu (2012)), komedie (Ali G Indahouse (2002)), komedie policyjne (wspominana Straż Wiejska), a nawet lżejsze filmy obyczajowe (The Wackness (2008)Goats (2012)). Szczególnie mocno stoner movies zrosły się z charakterystycznym, tworzonym przez młodych twórców i obsadzanym przez ich kolegów, nurtem współczesnych amerykańskich lekkich komedii, operujących błyskotliwym dialogiem – takich jak: Wpadka (2007), Boski Chillout (2008), This is the End, czy z niższej półki: Road Trip (2000), Stary, gdzie moja bryka, Freddy got Fingered (2001), czy filmy Gregga Arakiego – filmy te są momentami na tyle do siebie podobne jeśli chodzi o krąg zagadnień, że niemal nieodróżnialne; we wszystkich zaś z nich (może z wyjątkiem Boskiego Chilloutu) marihuana nie pełni już roli fetyszyzowanego ośrodka wydarzeń – stanowi za to niemal neutralne, obyczajowe tło. Trudno o lepszy komentarz do zmieniającej się stopniowo roli marihuany, przynajmniej w cywilizowanych społeczeństwach zachodnich. Kto wie, może w czterdzieści lat po faktycznej legalizacji w Kolorado, stoner movie będą pełniły rolę uroczych ramotek kręconych dla emerytów?


Z punktu widzenia amatora marihuany, bądź przynajmniej zwolennika jej dekryminalizacji pozostaje tylko pytanie o faktyczną funkcję stoner movies w popkulturze. Z jednej strony bowiem – stopniowo łagodzą one wizerunek konopi, mocno nadszarpnięty przez lata moralnej paniki i wojny z narkotykami. Szczególną rolę mogą tu spełniać te stoner movies, które przedstawiają względnie sympatycznych i ułożonych (wręcz nudnych?) palaczy, rezygnując z otoczki kontrkulturowej, czy fascynacji gangsterką (obecnej w hip-hopowym nurcie gatunku) – tylko czy wtedy nie wyzbywają się one potencjału komediowego?

Z drugiej jednak strony – nawet po rezygnacji z otoczki gangsterskiej czy kontrkulturowej, wiele współczesnych stoner movies zatrzymuje się w drodze do naturalnych reprezentacji palaczy niejako w połowie kroku – już nie przedstawia ich jako aspołecznych abnegatów, zamiast tego spychając ich do roli poczciwych, oswojonych, „naszych dziwaków”. Ten czyśćcowy stan, swoiste „getto śmiechu”,to zjawisko zasługujące na szersze omówienie w innym miejscu, warto tylko zauważyć, że stan oswojonego dziwactwa może jest i lepszy niż bycie wyrzutkiem, niemniej może być równie długotrwały…

Nadzieję jednak pozostawiają dwie grupy stoner movies – z jednej strony te, które stopniowo wtapiają się w główny nurt lekkich komedii, po cichu dokonując w swych bohaterach fuzji sympatycznego chłopaka z sąsiedztwa ze stonerem, czyniąc gatunek akceptowalnym dla szerszej, palącej okazjonalnie publiczności – tu wyrazy uznania należą się przede wszystkim koleżkom w rodzaju Setha Rogena. Z drugiej strony mamy zaś rzadkie przykłady stoner movies, które ośmielają się prezentować palaczy nieco inaczej, nie rezygnując jednocześnie ze swoistej fascynacji samym faktem palenia hurtowych ilości blantów. Do takich chlubnych wyjątków można zaliczyć stoner movies doceniane na Sundance, jak: anarchiczne High School (2010) z naprawdę inteligentnym bohaterem, odważnie poruszające wątpliwą praktykę przymusowych testów narkotykowych w szkole,  czy opowiadające o nastoletnim wrażliwcu Goats – z interesującą rolą Davida Duchovnego.

Niemniej – wyjątki tego typu to jak na razie tylko światełka w tunelu, pozwalające jednak mieć nadzieję, że wraz ze zmieniającym się globalnie podejściem do narkotyków w ogóle, zmieni się i charakter sztampowych stoner movies, a poza niewątpliwym walorem rozrywkowym zachowają jednak minimum uczciwości w sposobie portretowania konsumentów…


Subiektywny wybór pięciu interesujących stoner movies:

Piątek [reż. F. Gary Frey, 1995] 


Najwdzięczniejszy przedstawiciel hiphopowej odmiany nurtu. Craig (Ice Cube) ma znaleźć pracę, ale w sumie jest piątek i właśnie wpadł jego kumpel Smokey z worem zioła, które zamiast sprzedać, przepala. Dwie trzecie akcji tego niespiesznego filmu rozgrywa się na ganku Craiga, a dwaj przysmażający zioło kumple obserwują przewijającą się przez przedmieście plejadę swoich sąsiadów. Gdyby nie niepotrzebne wątki sensacyjne w finale, byłby to pewnie najbardziej wyluzowany z omawianych filmów.


Big Lebowsky [reż. Joel Coen, 1998]

Klasyk, którego przedstawiać nie wypada. Jeff Bridges w roli kanonicznego Dude’a, którego głównym zajęciem jest gra w kręgle i palenie jointów wkręcony jest w dziwaczną aferkę kryminalną. Plus Steve Buscemi, John Goodman, Julienne Moore i genialny epizod Johna Turturro. Wszystko opowiedziane z charakterystycznym, czarnym poczuciem humoru braci Coen.


Ciastko z niespodzianką [reż. Gregg Araki, 2007]

Nie jest to z pewnością najmądrzejszy z wymienionych filmów (choć w filmografii Arakiego i tak znajduje się dość wysoko), niemniej zasługuje na uwagę z racji wyjątkowej bohaterki – konsumentką tytułowego ciastka z haszem jest bowiem niespełniona aktorka Jane (rozkosznie głupkowata Anna Faris). Pierwsza dama     wśród stonerów ma przed sobą złożone zadania – zapłatę rachunku za prąd i udział w castingu. W finale przewrotny morał.


High School [reż. John Stalberg, 2010]

Świetny, przewrotny pomysł wyjściowy: wyjątkowo uzdolniony uczeń po jednorazowym zapaleniu jointa dowiaduje się, że szkoła ma zamiar wprowadzić obowiązkowe testy narkotykowe. By skompromitować ich wyniki i zabezpieczyć swoje szanse dostania się na MIT postanawia odurzyć całą szkołę ziołem wykradzionym od demonicznego dilera brawurowo zagranego przez Adriena     Brody’ego. Odurzone liceum to świetny pretekst dla licznych, wcale znośnych gagów, ale co więcej – jest też punktem wyjścia do krytyki prohibicji jako takiej.


This is the End [reż. Seth Rogen, 2013]

Debiut reżyserski pucułowatej twarzy nowej amrykańskiej komedii – Setha Rogena w gwiazdorskiej obsadzie reżysera i jego  znajomych(James Franco, Jonas Hill, Michael Cera, Emma Watson, Rihanna…) grających samych siebie . Niespodziewanie lansiarska prywatka w LA zostaje przerwana przez początek Końca Świata i bohaterowie, niczym w „Aniele Zagłady” Bunuela zostają uwięzieni     w luksusowej willi. Razem ze sporą ilością zioła, grzybów, ekstazy i piw..


Karczochy, CIA i LSD

Zwykły wpis
dr Sidney Gottlieb - mózg projektu MK-ULTRA

dr Sidney Gottlieb – mózg projektu MK-ULTRA

Jeżeli najlepszym sposobem na spędzenie kwasowego tripa wydaje się wam leżenie na polanie i gaworzenie o uniwersalnej miłości, to tylko dowód na to, że słuchanie sajtransów rzeczywiście zabija wyobraźnię… Poczytajcie lepiej jak kreatywnie do LSD podchodzili funkcjonariusze Centralnej Agencji Wywiadowczej, i to na dekadę przed Merry Pranksters i Latem Miłości. Okazuje się, że nieuprzedzone jeszcze pogadankami Leary’ego chłopaki z CIA potrafiły wymyślić dziesiątki niekonwencjonalnych zastosowań dla Trudnego Dziecka doktora Hoffmana…


Frank Olson - najbardziej znana ofiara "nieświadomki"

Frank Olson – najbardziej znana ofiara „nieświadomki”

Pewnie wszyscy słyszeli o sztandarowym przykładzie zainteresowania amerykańskiego wywiadu psychedelikami – programie MK-ULTRA – chociażby za sprawą „Facetów, którzy gapią się na kozy”, czy niesławnego samobójstwa Franka Olsona. W istocie ten rozpoczęty w 1953 projekt był największym przedsięwzięciem CIA dotyczącym niestandardowych technik wywiadowczych (bowiem nie testowano w nim tylko LSD, jedną z ulubionych zabaweczek wywiadowców było upiorne BZ, do którego stosowania nawiązywała „Drabina Jakubowa„), nie powstał jednak w próżni, będąc jedynie zwieńczeniem kilku innych programów. Począwszy bowiem już od końca Drugiej Wojny Światowej amerykańskie służby specjalne, świadome zbliżającego się konfliktu ze Związkiem Radzieckim, intensywnie interesowały się wszelkimi niestandardowymi technikami wywiadowczymi, które mogłyby dać Ojczyźnie Wolności przewagę nad Czerwonymi.


U źródeł harców z kokainą, podrzucaniem kolegom z biura LSD do porannej kawki, czy prowadzeniem tajnych burdeli w San Francisco (cierpliwości…) stała rozpoczęta w 1945 operacja PAPERCLIP (funfact: wspominają o niej w najnowszym „Kapitanie Ameryce”). Dość dobrze opisany projekt miał na celu pozyskiwanie uzdolnionych nazistowskich naukowców, którzy w zamian za ratowanie skóry zgodziliby się pracować dla amerykańskiego wywiadu (niezły dil, jeśli grozi Ci Norymberga). Choć większość badaczy specjalizowała się w broni rakietowej, czy fizyce, co najmniej ośmiu z nich (w/g autorów „Acid Dreams„) zostało zwerbowanych przez U.S. Army Chemical Corps – gdzie pracowali nad gazami paraliżującymi układ nerwowy i superhalucynogenami. Choć Armia miała swoje własne pomysły na kreatywne spędzanie czasu na tripie (na przykład idee fixe major-generała Williama Creasy’ego było rozpylanie LSD za liniami wroga w ramach „wojny psychedelicznej”, biedaczek nie mógł ścierpieć, że nie pozwolono mu na przeprowadzenie testu tej taktyki w nowojorskim metrze; nota bene – sam termin „tripowanie” na określenie kwasowego odurzenia zaczął być używany właśnie przez merykańskich wojskowych) , wśród badanych zastosowań halucynogenów pojawił się też pomysł wykorzystania środków chemicznych przy przesłuchaniach – bądź w charakterze kolejnego środka nacisku, bądź po prostu jako mitycznego „serum prawdy”. W tym momencie doświadczeniami Armii zainteresowało się świeżo utworzone CIA.


charles savage

odpowiedzialny za projekt CHATTER Savage promował zastosowanie meskaliny jako serum prawdy

Utworzoną w 1947 Centralną Agencję Wywiadowczą szczególnie zainteresował prowadzony przez Marynarkę Wojenną przy wsparciu naukowców pozyskanych podczas „PAPERCLIP” projekt CHATTER. Jak sama nazwa wskazuje – milusińskich oficerów marynarki zajmowało uzyskanie substancji która skłoniłaby przesłuchiwanych do wyjawienia tajnych wiadomości – najlepiej w sposób nieświadomy i niemożliwy do przypomnienia sobie po przesłuchaniu. Wśród typowanych do roli serum prawdy znajdowały się kokaina i meskalina (którą zaproponował prowadzący projekt Charles Savage, zainspirowany eksperymentami jakie z ekstraktem peyotlu prowadzili naziści, zadanie miał o tyle ułatwione, że w jego zespole znajdował się za sprawą ‚PAPERCLIP’ dr Hubertus Strughold, który współpracował z „badaczami” z Dachau), spore nadzieje wiązano także z … ekstraktem konopi indyjskich uzyskanym przez OSS (Office of Strategic Services, poprzedniczka CIA), które funkcjonowało wręcz pod kryptonimem TD (od „Truth Drug” – panowie nie wykazali się błyskotliwością).Choć ostatecznie żadna z typowanych w projekcie CHATTER substancji nie okazała się szczególnie przydatna, to sama idea zmiękczania przesłuchiwanych za pomocą środków psychoaktywnych zainspirowała przyglądających się uważnie badaniom Marynarki pracowników CIA, którzy niewiele później zaczną eksperymentować z nową obiecującą substancją sprowadzaną z laboratoriów szwajcarskiego Sandoza…


 

Fiolka 'Delysidu' produkcji Sandoza

Fiolka ‚Delysidu’ produkcji Sandoza

Zanim Agencja zaczęła zaopatrywać się w Delysid (pod taką handlową nazwą funkcjonowało LSD-25 w katalogu Sandoza), zniechęciwszy się co do rozmaitych substancji-kandydatów na „serum prawdy”, koncentrowała się na dwóch technikach przesłuchań wspomaganych chemikaliami: „narkohipnozie” i traktowaniu delikwenta koktajlem dragów o przeciwnym działaniu (np. barbituranami i amfetaminą). Obydwie techniki jednak okazywały się mało skuteczne, druga z nich była ponadto skrajnie niebezpieczna dla przesłuchiwanego (nie, żeby było to aż tak istotne, pamiętajmy jednak, że CIA szukała także sposobów na „dyskretne” wydobywanie informacji – bez świadomości ofiary). Tymczasem już od 1947 w prasie naukowej pojawiają się wzmianki o nowym, potężnym halucynogenie aktywnym w niezwykle małych dawkach – autorem pierwszych publikacji na temat LSD był dr Werner Stoll – syn dyrektora Sanodza i bliski współpracownik Alberta Hofmanna. Jego pracami szybko zainteresował się amerykański wywiad – w obawie, że własne badania nad LSD zaczęli już Sowieci (w istocie było to więcej niż prawdopodobne, ale CIA nie dysponowało wtedy na to żadnymi dowodami). Efektem tego zainteresowania były ogromne zamówienia Delysidu złożone między 1950 a 1951 w ramach projektu BLUEBIRD (natomiast pierwsze próbki LSD zostały sprowadzone do stanów przez cywilnych naukowców już w 1949 roku – dokonali tego Max Rinkel i Robert Hyde, ten drugi dokonując autoeksperymentu został zaś pierwszym ukwaszonym człowiekiem na Zachodniej Półkuli).


Rozpoczęty w 1949 i objęty najwyższą klauzulą tajności (z obawy przed kompromitacją świeżo założonej Agencji) BLUEBIRD miał skupiać wszystkie drobne projekty CIA poświęcone kontroli umysłu. Wśród zagadnień badanych przez agentów znajdowały się hipnoza, telekineza, wywoływanie zmian osobowości, oraz – przede wszystkim – stosowanie dla tych celów środków psychoaktywnych. Gdy więc pracujący przy operacji agenci dostali w swoje ręce LSD usiłowali korzystać z niego na różne sposoby – nie tylko przy przesłuchaniach. Jednym z istotnych punktów programu było też przygotowanie się na zastosowanie LSD przez wrogi wywiad – uczestniczący w nim agenci musieli więc być sami dość dobrze zaznajomieni z działaniem psychedelików. Nic dziwnego, że entuzjazm dla nowej substancji rósł szybko, a pracujących z nią zaczęto określać w wewnętrznych dokumentach jako enlightened operatives.

Zastosowań dla wynalazku doktora Hofmanna szukano jednak trochę po omacku – pierwotnie kontynuowano wytyczne projektu CHATTER traktując LSD jako potencjalne serum prawdy. Szybko jednak okazało się, że jego działanie jest znacznie bardziej złożone. Zgodnie z obowiązującą na początku lat 50-tych wywodzącą się z behawioryzmu doktryną „psychozomimetyczną” (badania Paula Hocha) wierzono, że kwas odtwarza po prostu kliniczne przypadki czasowej psychozy – wobec tego świetnie sprawiałby się w funkcji odwrotnej niż „serum prawdy” – zażyty przez przesłuchiwanego agenta mógłby umniejszyć jego wartość jako informatora. W związku z tym pojawił się także pomysł, by stosować swego rodzaju „Próby Kwasu” (brzmi znajomo?) – jako jeden z możliwych testów sprawdzający odporność psychiczną agentów przed wysłaniem ich w teren. Rozważano też możliwość potajemnego podawania LSD postaciom publicznym, szczególnie politykom, w celu ich kompromitacji (niemal dwadzieścia lat przed tym jak na pomysł ukwaszenia Nixona wpadła Grace Slick i pół wieku przed wypadkiem Gabriela Janowskiego).


Gdy w sierpniu 1951 projekt BLUEBIRD zostaje oficjalnie przemianowany na ARTICHOKE sprawy zaczynają się rozkręcać. Do repertuaru agentów spod znaku karczocha należało testowanie heroiny (a raczej heroinowego głodu po przymusowym uzależnieniu) jako narzędzia zmiękczania przesłuchiwanych, łączenie wysokich dawek LSD z elektrowstrząsami, czy w końcu – pomysł na wykorzystanie psychedelików aby skłonić ich ofiarę do sterowanego morderstwa. Przy takim spektrum zagadnień tym upiorniejsze stają się liczne przykłady nieodpowiedzialności pracowników Agencji – takie jak pomyłki przy szacowaniu ilości zamawianego Delysidu (jeden z mających najwyraźniej problemy z systemem dziesiętnym pracowników CIA miał zlecić zakup dziesięciu kilogramów czystej substancji (sto milionów dawek), zanim zorientował się, że w ofercie Sandoza pomylił kilo- z mikrogramami), regularne prywatki pracowników wywiadu z rekreacyjnym użyciem psychedelików, czy wreszcie niesławną praktykę podrzucania sobie „nieświadomek”, której ofiarą stał się Frank Olson.
Ten ostatni proceder nie wziął się znikąd. Gdy w 1953 ruszył słynny projekt MK-ULTRA przez jakiś czas funkcjonował on równolegle z ARTICHOKE, programy były bowiem nadzorowane przez dwa odrębne organy w łonie CIA (ten pierwszy przez TSS-Technical Services Staff, drugi natomiast przez Biuro Bezpieczeństwa). Między obydwiema grupami pojawiały się tarcia, które doprowadziły do sytuacji, w której grupy szpiegowały się wzajemnie, oraz sprawiały sobie rozmaite psikusy w rodzaju porannej kawy z kwaskiem… Szczytem tego typu żarcików były udaremnione przez wewnętrzne służby bezpieczeństwa plany TSS dodania LSD do świątecznego ponczu podczas imprezy dla pracowników Agencji (i znowu – Prankstersi nie wpadli na ten pomysł pierwsi…).


Szalone pomysły rodzące się w łonie MK-ULTRA nie wynikały tylko z czystej rywalizacji z ARTICHOKE. W istocie Sidney Gottlieb – mózg tej niesławnej operacji – w przeciwieństwie do skoncentrowanych na zastosowaniach wywiadowczych kolegach po fachu spod znaku „karczocha”, pragnął testować LSD na nieświadomych cywilach w sytuacjach codziennych (podczas gdy ówcześnie nawet „cywilne” badania nie wychodziły poza przestrzeń klinik, o czym mógł się przekonać zgłaszający się do nich na ochotnika Ken Kesey). Gdy Gottliebowi odmówiono zgody na próby na nieświadomych obywatelach, ten wziął sprawy w swoje ręce – najpierw inicjując praktykę niespodziewanego raczenia tripami kolegów z Agencji, następnie wychodząc ze swoimi eksperymentami „na miasto”.


 

nadzorujący operację Midnight Climax George Hunter White

nadzorujący operację Midnight Climax George Hunter White

Najsławniejszym (i najbardziej bezczelnym) przejawem inicjatywy doktora Gottlieba była operacja MIDNIGHT CLIMAX. Przekopując się przez starsze badania nad wykorzystaniem ekstraktu konopi jako serum prawdy koordynator MK-ULTRA natknął się na postać oficera Federalnego Biura ds Narkotyków – George’a Huntera White’a, który przeprowadzał próby na nieświadomych badanych. Po wystosowaniu oficjalnej prośby do ówczesnego szefa Biura ds. Narkotyków – Harry’ego Anslingera (praktycznie rzecz biorąc ojca „Wojny z Narkotykami”) uzyskał zgodę na „wypożyczenie” jego agenta.

White od samego początku wykazywał się zapałem i inicjatywą. Udając artystę i żeglarza zwabiał poznanych na imprezach przypadkowych ludzi do mieszkania wynajętego w nowojorskim Greenwich Village, gdzie bez ich wiedzy podawał im LSD i notował rezultaty. Rozparty wygodnie w fotelu ze szklaneczką whisky White był wyjątkowo zaskoczony sporym odsetkiem bad tripów wśród swoich gości (niespodzianka!). Jego metoda rozwinęła się jednak w pełni gdy w 1955 uzyskał przeniesienie do San Francisco. Zainicjowana tam operacja MIDNIGHT CLIMAX opierała się na wykorzystaniu uzależnionych od narkotyków prostytutek do zwabiania przypadkowych mężczyzn do nadzorowanego przez CIA burdeliku (wkrótce otwarto jeszcze drugi taki przybytek).Na miejscu delikwentowi podawano drink z LSD a dalszemu rozwojowi wypadków przyglądał się gość w kitlu po drugiej stronie zainstalowanego w sypialni lustra weneckiego…

Oprócz nocnego nadzorowania MIDNIGHT CLIMAX White wykonywał w dzień swoją pracę agenta antynarkotykowego, nic więc dziwnego, że bywał zestresowany – napięcie rozładowywał z kolegami w znajdujących się pod jego opieką lokalach – z pełnym wykorzystaniem ich wyposażenia. Gdy jednak sąsiedzi tych przybytków zaczęli się skarżyć na hałasujących po nocach odurzonych mężczyzn z bronią, program zaczęto powoli wyciszać. White pozostał jednak współpracownikiem CIA aż do lat 60-tych, pojawiając się regularnie w raportach na temat Haight-Ashbury.

Aż dziw, że tak efektowna i kontrowersyjna operacja jak MIDNIGHT CLIMAX nie doczekała się szerszego odzewu, chociażby w popkulturze (jedną z przyczyn może być utajnienie większości dokumentów związanych z MK-ULTRA). Warto jednak wiedzieć, że operacja została w 2009 sportretowana w (średniawym) mini-serialu:


Po skandalach związanych z samobójstwem Olsona i następujących po nim przeciekach o narkotykowych ekscesach agentów CIA, Agencja w latach sześćdziesiątych nieco stonowała swoje eksperymenty (choć LSD zostało użyte co najmniej kilkukrotnie w normalnych działaniach operacyjnych). Jednocześnie zaczął też w Agencji słabnąć entuzjazm dla kwasów, które okazywały się dość kłopotliwe w użyciu jako środek dywersji (LSD jest rozkładane przez chlor, więc odpada zatruwanie miejskich ujęć wody, w postaci gazowej z kolei wchłania się dość kiepsko), skupiono się na badaniach nad znacznie bardziej skutecznym w warunkach bojowych BZ (które ostatecznie zostało użyte w Wietnamie). Projekt MK-ULTRA zaczął być wygaszany, przy czym większość jego dokumentacji utajniono.

Co ciekawe, dopiero gdy LSD przestało już być ulubioną zabaweczką pracowników wywiadu, podchwycił ją rodzący się ruch dzieci-kwiatów. To już jednak całkiem inna opowieść, warto jednak zwrócić na dwa ciekawe fakty:
Po pierwsze – przez pierwsze kilkanaście lat klinicznych, przeprowadzanych w atmosferze zimnowojennego wyścigu chemicznych zbrojeń badań nad LSD nikomu nie przyszło do głowy by miał to być narkotyk miłości, pokoju, czy oświecenia – co tylko potwierdza rolę jaką przy stosowaniu psychedelików odgrywa set&setting – i jednocześnie zadaje kłam powstającym w latach 60-tych teoriom bezrefleksyjnie utożsamiającym chrupanie kwasków z receptą na powszechną szczęśliwość. Po drugie – wiele działań MK-ULTRA zostało utajnionych, szczególnie zagadkowy wydaje się wątek infiltracji środowiska Haight-Ashbury przez CIA – wydaje się niemożliwe, by tak ogromnej wielkości naturalne laboratorium badawcze z dziesiątkami tysięcy konsumentów psychedelików umknęło uwadze Agencji. Tym bardziej, że CIA pomagało założyć kilka czarnorynkowych wytwórni LSD, zachowując poprzez enigmatyczną postać Ronalda Starkaniejasne więzy z odpowiedzialnym za większość podaży kwasu pod koniec lat sześćdziesiątych Brotherhood of Eternal Love. Wątek „Hippie Mafii” jest jednak na tyle ciekawy, że zdecydowanie zasługuje na osobny tekst.
Tymczasem sprawdźcie którąś z tych kniżek:

  • Marin Lee, Bruce Shlain: Acid Dreams. The Complete Social History of LSD: The CIA, the Sixties and Beyond (pyk)
  • Jay Stevens: Storming Heaven: LSD and American Dream (pyk)
  • Stewart Tendler, David May: The Brotherhood of Eternal Love: From Flower Power to Hippie Mafia: The Story of the LSD Counterculture (hop)

A, no i na koniec obowiązkowy strzał muzyczny. Nie wiem, czy to nie nadinterpretacja, ale znając głęboką niechęć Ryśka do CIA i równie głębokie zamiłowanie do używek, tytuł jego klasycznego albumu przestaje być tak zagadkowy (‚Alcachofa’ po hiszpańku to ‚Karczoch’ = ARTICHOKE):