Szałas to leśny house

Zwykły wpis

CS640138-01A-BIGJako się rzekło, dziś nieco drobnicy (około)house’owej.

Zacznijmy od świeżynek – tych pierwszych kilka wydawnictw, choć już krąży po necie i w setach, na plackach ma wyjść dopiero na dniach, albo wyszło dopiero w ostatnich dniach czerwca.

James i.V – Tadao EP [LOCAL TRAFFIC]

Zdecydowanie mój ulubiony wygrzeb z ostatnich tygodni. Miła odmiana od obowiązującego lo-fi idiomu. Dopieszczone, mięciutkie brzmienie, mocne wpływy dubowe, haty tną jak trzeba, ale przede wszystkim te bębenkoidy! Show kradnie oczywiście numer tytułowy, ale i pozostałe – motoryczne, dubowe, korzenne płyną jak trzeba. Nie obrażę się jak takie tribalowe leśne house’y to będzie next big thing.
EPka Jamesa Dożylnie to drugie wydawnictwo na koncie obiecującej oficynki z Melbourne (dubhouse z pierwszego też pyszniutki).


Harrison BDP – Last Flight to Wherever [TOUR RECORDS]

Faworyt numer dwa numer dla debiutującego labelu Tour Records. Młody producent, ulubieniec youtube’owych selectaz (o nich dalej), ten gość potrafi popłynąć. Harrison dawkuje nostalgię z wyczuciem, i wyraźnie nie bawi go niedopieczone brzmienie. ‚Last flight…” (czy tytuł to nieco ironiczne nawiązanie do sierioznego Miltona Bradleya?) to zaskający przekładaniec: dołem z dostojnym groovem sunie mięciutki, chropawy bas, w środki pulsują klasyczne dubtechnowe chordy, górę tnie rasowy house z samplowanymi jękami – i to właśnie one decydują o parkietowym potencjale całości. Koleżka zdecydowanie warty obserwowania, sprawdźcie na przykład jego najnowszy podcast dla hiszpańskiego Alaplay.


OZEL – Workshop 24  

Koleżka z Lobsterów dostarcza śliczne ambient/house’y w przyjemnych, nieortodoksyjnie wolnych tempach. Parę narzędzi parkietowych, ale więcej uwagi pzyciągają leniwce, a nawet i bezbeatowe przerywniki. Workshop kolejny raz potwierdza klasę. Jedyny problem w tym, że będę musiał zaopatrzyć się w kółko do siódemek, jak jakiś rastaman.


Folamour – 4MYPPL#1 [not on label]

Tu juz nieco bardziej parkietowo. Funkowy groovik jak się patrzy, trochę podbębnia, trochę disco, ciepłe brzmienie i dobry sampel wokalny, w skrócie –  hiciorki na lato. Zgodnie z tytułem placka, francuski producent raczy tymi trackami raczej ziomeczków, więc o winylu na razie można zapomnieć. Oh well.



Dobra, to jak już jesteśmy w temacie, to tu jeszcze kilka nieco starszych ciekawostek, o któych, jakoś się tak złożyło, nie wspomniałem:


Baaz – untitled [OFFICE RECORDINGS]

Na koleżkę trafiłem jakiś czas temu, przy okazji przegrzebywania Liemów i innych Lehultów (tak się jakoś złożyło, a może grali razem na jakiejś imprezie? whatever). Na pierwszy rzut oka przyzwoite toolsy, nic więcej. Ale po odgrzebaniu parę miesięcy później przesłuchiwałem w kółko. Cztery bardzo zróżnicowane, zawadiackie numery,  fantastyczny groove, nieco brudów, gęste brzmienie. Takie krzaczorki to ja lubię. No i pięknie wydane.


Ponty Mython – Mushroom House EP [TOY TONICS]

A skoro już przy okładkach jesteśmy, to na to trafiłem skuszony ksywką i kwasową okładką. Miła odskoczna od sierioznego jak Sven na pogrzebie techenka. Poza poczuciem humoru rosyjski producent ma jednak też niebagatelny talent, tracki z grzybowej epki bujają jak trzeba, a poza tym jest gęsto od dzwoneczków i bębenków, a jednocześnie bez etno-latino-banału. Smak!


Ben Hauke – Rough, Ready, Steady EP [CHURCH]

Przemiła niespodzianka. Pogodny, letni numer z amenowymi perksusjonaliami w przystępnym tempie. Plus nieułatwiający miksowania offbeat, żywe instrumenty, klapy i solówki na syntezatorze. Ciekawostka.



Na koniec dzisiajszej wyliczanki dwa najgrubsze zaniedbania z mojej strony:

Raär – Causy It’s Dirty [GASP]

Przyznaję bez bicia, że w gąszczu ubiegłorocznych lofi przegapiłem tego gościa, a przecież nawet grał w Polsce. Na usprawiedliwienie mam tylko to, że pierwotnie ten doskonały materiał wyszedł tylko na kasecie (sic!), ale niedawn wytłoczono go na placku, więc teraz nie ma zmiłuj. Rosyjski zdolniacha wyizolował wokal z klasyka Jimmy’ego Ruffina, ale nie zrobił z niego banalnego, efekciarskiego sampla, tylko obudował go fantastycznym trackiem, który najpierw mruga okiem w kierunku obowiązkowej lo-fi nostalgi, by po breakdownie przemutować w hipnotyczny, niemal dubtechnowy walec. Perła.


Don’t DJ – Musique Acephale [BERCEUSE HEROIQUE]

Największe zaniedbanie jest już tylko okołohouse’owe. Długograj pieknielnie utalentowanego Don’t DJ dla kontrowersyjnego labelu to głęboka, złożona podróż, dla której etykietka „tribal house” jest obraźliwym uproszczeniem. Fantastyczne konstrukcje, gęste brzmienia, łechcące mojego wewnętrneg shackletona polirytmie i transowy groove składają się na mój ulubiony tegoroczny album z zeszłego roku.




Jak pewnie widać w okolicach house’owych jestem laikiem, więc miałem napisać nieco o youtube’owych olbrzymach na ramieniach których stoją skromni diggerzy jak ja, ale przecież fenomen Moskalusa i gromadki zasługuje na szersze omówienie. W takim razie – będzie następnym razem, a tymczasem jeden secik w klimacie; katowałem go w ostatnich miesiącach dość intensywnie.

Jacopo – Into the Woods
Jeden z moich ulubionych selektorów (prowadzony przez niego label, Midgar, zachwalałem tu ostatnio) popełnił taki cudny mix dla festiwalu Farr. Miło wiedzieć, że nie jestem osamotniony w leśnym nazewnictwie, ale jeszcze przyjemniej łechce sama tracklista: Shackleton, Lowtec, Kassem Mosse, Frankie Knuckles, Omar-S… W dodatku całość układa się w przemyślaną podróż w czasie, bo koleżka zaczyna od tracków najnowszych, cofając się stopniowo do klasyków. Więcej o secie tutaj. Dobranoc!