Ø ‎– Konstellaatio

Zwykły wpis

ImageMuszę przyznać, że Ø to moje ulubione wcielenie ponurego Fina. Tak jak [herezja] nigdy jakoś nie mogłem przekonać się do Pan Sonic, choć wiem, że ‚Vakio’ to klasyg [/herezja], tak łagodniejsze oblicze Vainio wyjątkowo mi podchodziło, na czele z przecudowną ‚Olevą’. Okazja do porównań zresztą sama się nasuwa, bo niemal równolegle z najnowszym albumem Ø wyszedł stworzony pod szyldem hałaśliwego duetu ‚Oksatus‚. Ja jednak wolę przyznać, że te drugie wydawnictwo to po prostu nie moje bajka i skupić się na smaczkach z [Sähkö].

Tegoroczne (nie licząc nieludzko drogich test pressingów, które wypłynęły już pod koniec zeszłego roku) wydawnictwo ZbioroPusta (czy w ten sposób wystarczająco wyraźnie odróżniam ten alias Vainio od techno-imiennika z Tokena?) wydaje się zaskakująco łagodne nawet na tle jego wcześniejszych dokonań, coraz bardziej dryfując w stronę rozlanych ambienciaków. Tak brzmi zarówno Metsän Sydän, jak i przywodzący na myśl rytualne ponuractwa Halo Manash Syvänteessä Pukinjalkaisen (powstrzymałem się od sprawdzania fińskich tytułów na translatorze, lubię myśleć, że Vainio jest niezłym trollem i tytuły swoich tracków bierze od chorób wenerycznych, albo nazwisk brzydkich fińskich aktorek). Z drugiej strony wśród tych subtelnych plam szumów i pogłosów nie brak także tego, co u Ø podoba mi się najbardziej – sporej porcji melodii, jak na przykład w Otavie, wieńczącym zestaw sofciarskim ‚Takaisin‚, czy w fantastycznym, brzmiącym jak najlepsze momenty Olevy wzbogacone o raster-notonowe szumy i piski ‚Kesäyön Haltijat’:

Równie znajomo brzmi też bardziej stonowane, oparte na zapętlonych klikach ‚Syvyydessä Kimallus’:

‚Konstellaatio’ to nie jest rewolucyjny albumik, jednak dzięki właściwej produkcjom łagodniejszego wcielenia Vainio perfekcyjnej proporcji mroku i lekkości (dare I say – lekkostrawności?) nie nuży i przykuwa uwagę (w przeciwieństwie np do ‚Kilo’ o którym zapomniałem po tygodniu). Ja zapętlam już od miesiąca.

Więcej? – recka od ‚Quietusa‚ | recka od ‚Nowej Muzyki’


 

Dobra, nie mogę nie skorzystać z pretekstu i odmówić sobie na koniec tego kawerka:

 

 

Reklamy

ΑΝΑΣΤΕΝΑΡΙΑ – muzyka do spacerów po ogniu w remiksach Vatican Shadow i Swansona

Zwykły wpis

Image

‚Anastenaria’  to praktykowany w Grecji i Bułgarii tradycyjny rytuał przejścia po rozżarzonych węglach. Obrzędowi towarzyszy mocno transowa muzyka, która dzięki pracy etnomuzykologów doczekała się rejestracji – m.in w 1979 w wiosce Aghia Eleni. To nagranie z kolei w 2008 zostaje wydane przez Editions Zero – odłam greckiej oficyny Absurd w limitowanej edycji dwustu płyt CD [->discogs] (dobra, nie wnikam jaki sens mają edycje limitowane w przypadku wydań na cedeczku).Więcej o tym wydaniu + fragmenty recenzji -> tutaj.

 

Naprawdę ciekawie zaczyna się jednak robić dopiero przy okazji tegorocznej reedycji ‚Anastenarii’ (opatrzonej podtytułem ‚Music of the Fire Walkers’). Eleganckie wydanie winylowe ujrzało światło dzienne za sprawą efemerycznego labelu o prowokacyjnej nazwie ‚Kemal’ (pierwszy ich riliz), i oprócz oryginalnych dziesięciu ścieżek wytłoczonych na pierwszym krążku przynosi dwie bomby na stronach C i D – remiksy Pete’a Swansona i Vatican Shadow. Pierwszy remiks to porcja hałasu raczej dla wielbicieli Pete’a, rzecz mocno w jego stylu, za to wersja Dominika to prawdziwa perełka, najbardziej chyba na myśl przywodząca jego dokonania spod szyldu Rainforest Spiritual Enslavement.

Sprawdźcie to:

(jak chodzi o samą ideę oczywistym skojarzeniem jest chociażby ‚Wireless’ T++ [pyk], no, jednak mimo wszystko to chyba nie ten poziom. niemniej, fajnie czasem sobie przypomnieć, jak ciekawie można pogrywać sobie z tradycją bez jej donatanyzacji)