Techniawki wiosenne

Zwykły wpis

shinichi-atobe-heart-110517-616x440

No i znowu się trochę tego nazbierało. Pozwólcie, że skupię się tu raczej na techniawkach i dłuższych grajach, tak się jakoś złożyło, że hausowej drobnicy tylko z samego maja nazbierało mi się już na osobną notkę (to pogoda). Do rzeczy:


Tadeo – Chronicles of the Future (Remixes) [NON SERIES

O ile niektóre rzeczy od Tadka wręcz uwielbiam (na czele z epkami Container of Contradictions i Nammu), to w większej dawce kosmiczne cykanki od Hiszpana trochę mnie nudzą, tak, że ubiegłoroczny album to było jednak spore ,meh. Jasne, to są wysoce funkcjonalne tracki, ale na moje ucho za bardzo trącą jednak generyczną łatwizną. Jak to jednak często bywa, materiał zabłysnął dopiero kiedy oszlifowali go remikserzy. Już sam ich dobór zwiastuje rzecz na poziomie – tym bardziej, że Function, Abdulla, Silent Servant i Efdemin to nie tylko top topów, każdy z nich ma też własne, bardzo charakterytyczne brzmienie. W efekcie każdy z czterech tracków, choć zachowuje dekadencki i hipnotyczny flow Tadeo, zyskuje nową tożsamość. Najbardziej w pamięć zapada oczywiście wściekł drive i krystaliczne brzmienie remixu Functiona, jest to na pewno czołowe sztosiwo na najbliższych parę miesięcy, jeszcze się nam znudzi. Równie parkietowo pomyślany jest wrząca kadź oldskulowego kwasu od Silent Servanta.
Tymczasem wersjom Efdemina i Abdulli znacznie bliżej do charakteru oryginału – pierwsza wprost odnosi się do „kosmicznego” maźnięcia typowego dla większośći pętelek od Hiszpana, druga dodaje do niego bezduszny lodowaty stukot z dalekiej północy.

No i jest jeszcze bonusowy track na digitalu. Normalnie nie pochyliłbym się na tak rażącą dyskryminacją winylowców, numer od Prisa ma jednak mile trąchający moje serce twardy, perkusyjny swing, i brzmi jak coś od Parasola (który, nota bene, wydał ostatnio album dla Dekmantela, ale jeszcze nie słyszałem, to się nie będę wymądrzał).


Shinichi Atobe – From the Heart It’s a Start, a Work of Art [DDS]

Najlepiej strzeżony secret Chain Reaction powraca z trzecim długograjem. Bez niespodzianki – krystalicznie czysty, perfekcyjnie wyprodukowane dubtechno na najwyższym poziomie. Niepodrabialny, melancholijny wajb, tu i ówdzie analogowe chrupnięcia, niekończące się petle, wyjebka na trendy. Co było do przewidzenia, discogsowi spekulanci szybko rzucili się na skromny nakład i ceny już szybują.


Pulse One – Love Through the Music [FULLPANDA]

Cztery traczki które brzmią jak owoc analogowej imprwizacji w sypialni, ale w przeciwieństwie do tego typu wycieczek są dość mocno user-friendly i pozbawione artystowskiego zadęcia. Wspaniałe, cieplutkie brzmienie, dryg do pięknych melodii i bezpretensjonalna lekkość w sumie sprawiają, że słucha się  tego w kółko, z miksowaniem może być trochę gorzej. Takie rzeczy pewnie klei sobie Dozzy w niedzielne popołudnia.


Farrago – When Angels Go Trouble Will Follow EP [ARTS]

Za nieszczęsnym, napuszonym tytułem EPki kryje się w istocie cztery sympatyczne, funkcjonalne tracki. Szczególnie buja mnie perkusyjny swing numeru tytułowego i z tego powodu pewnie ten niepozorny placek tu zawitał, choć epickawe pady momentami balansują tu na granicy kiczu, choć potrafię sobie wyobrazić takie lekko wspomagane momenty nad ranem, że odbiera się je jako podniosłe i uduchowione, jeśli wiecie o co mi chodzi *wink,wink*.


Robert Hood – Paradygm Shift [DEKMANTEL]

Za kolejnym napuszonym tytułem (bez przesady Robcio, gdzie tu jakiś szift, dostarczasz to co zwykle, nie?) kryje się po prostu godzinka wysokooktanowego paliwka na parkiet. No i git. Nerwowe rozdygotane pianinka, motoryczny drajw i precyzyjna konsrukcja.Nie jest to drugie Minimal Nation, ani jakiś przełom, ale solidny arsenał sztosiw, czego chcieć więcej?


Nthng – It Never Ends [LOBSTER THEREMIN]

Oczywiście, najbardziej hajpowanego młodzieniaszka tego sezonu nie mogło tu zabraknąć. Album potwierdze, że jest to hajp zasłużony – nthng odświeża nieco wytartą formułę „głębokiego” techno na conajmniej kilka sposobów. Najbardziej charakterystyczny to oczywiście niepodrabialny, duszny drajw, który w paradoksalnym połączeniu z podrkęconymi tempami daje niesamowity, psychodeliczny efekt skłębionej stojącej fali, wzmacniany jeszcze dość specyficzną manierą dość cichego, stłumionego miksowania. A skoro już jesteśmy przy miksach, to drugim znakiem szczególnym młodego Holendra jest bezczelny flirt z wyklętym w środowisku trancem – słyszalny wyraźnie czy to na najnowszej EPce, czy np. w takm miksie z Griessmuehle, gdzie bez obciachu wjeżdża Armin Van Buuren.


va – Cameron EP [DELSIN]

Ilekroć ktoś mnie pyta, czy nie nudzą mi się już te techniawki, puszczam mu jakąś perełkę w tym stylu. Najnowszy składak od Delsina to fantastycznie zróżnicowana kolekcja zapewniająca przegląd najświeższych trendów w 4×4: od przestrzennych pływaków Artefakta i Shlomo, przez flirty z electro w wykonaniu Claro Intelecto i poniekąd Haslama, teksturalne eksperymenty od Camerona i Sentomei, po dwa moje ulubione tracki na tej doskonałej kompilacji – rozbujane, energetyczne Invartians Ritzy’ego i tradycyjnie już next level shit Vrila. Osiem oblicz technowida.


William Basinski – A Shadow in Time [TEMPORARY RESIDENCE LIMITED]

Na koniec coś z zupełnie innej beczki. Na ambientach to ja się tam nie znam, ale Basinski zawsze wydawał mi się wyjątkowo ciepły, ludzki, organiczny. Tak jest i z tym (mini?) albumem – dwie przepiękne pętelki, gdzieś tam w tle pianino, ludzkie głosy, i oromny ładunek pogodnej tęsknoty. Śliczna rzecz.



I to by było na tyle. Za tydzień obiecuję przegląd house’owej drobnicy i kilka setów, strzałka.

Narzędzia dla nurków technicznych, albo rzut uchem na Spazio Disponibile

Zwykły wpis

Kiedy półtora roku temu gruchnęło, że Neel i Dozzy zakładają label jarałem się jak dzieciak – w końcu wszystko czego dotknęli zamieniało się w złoto, a pierwszy placek, autorstwa samych Jezioraków do dziś z rzadka opuszcza mój kejs. Po nieco ponad roku działalności można już dokładniej przyjrzeć się profilowi młodej oficyny, tym bardziej, że zachowuje podziwu godną regularność wydań i konsekwencję stylistyczną. Tu jednak jest pieseł pogrzebany – czy włoska formuła „hipnotycznego techno” nie zaczyna zjadać swojego ogona, a przy obecnym tempie wydawniczym labelek nie zmieni się w taśmowego dostarczyciela generycznych deepów? Moim zdaniem – nie, ale o tym zaraz.


kurs-nurek-klasy-iii---koparki-listopad-2011-153

„Główną zaletą wiercenia podwodnego jest oczywiście zmniejszone ryzyko przegrzania, nie należy jednak bagatelizować nieuchronnego zmęczenia materiału, zwłaszcza przy dłuższym operowaniu podwodnymi toolsami ” – Michał Parker, „Vadamaceum nurka technicznego”, wyd. Karp i s-ka, Kielce 1994. 

Sama koncepcja stojąca za labelem jest prosta – panowie Dozzy i Neel zapraszają zapryjaźnionych artystów do swojego studia w Rzymie – tytułowej „przestrzeni dostępnej” – by tam zrealizowali produkcje dla labelu. Wydawnictwu miał też towarzyć cykl imprez w rzymskim Goa, ale o nim coś jednak ucichło. Sam koncept niezły, szkopuł jednak w tym, że, czy to za sprawą swego rodzaju włoskiego ukąszenia, czy poprzez nieco tendencyjny wybór gości, wiele produkcji Spazio brzmi bardzo podobnie, wpisując się w idiom perfekcyjnie dopracowanego, ale nieco nużącego deepu opartego na nikończących się pętelkach i dronach. Z drugiej strony – od kiedy można z repetywności czynić techenku zarzut? Jak powiedział kiedyś papa Marcel – „track jest wtedy dobry, kiedy mogę słuchać jednej pętli perkusyjnej przez godzinę” (sorry, no nie znajdę linka do tego wywiadu, ale na pewno tak powiedział). I w takich kategoriach można właściwie oceniać ofertę Spazio – nie znajdziemy tu na EPkach (na razie) olśnień na miarę debiutanckiego albumu VFTL, to po prostu katalog bardzo dobrych, hipnotycznych toolsów, wśród których znalazło się parę pozycji wybitnych. No to posłuchajmy:



„To nie toolsy, to perły” *

Na początek trójka moich ulubieńców w katalogu, o dwóch z nich już już zresztą wspominałem w ciągu ostatniego roku:

[SPAZIO 001] VFTL – Secondo Tempo EP

 Nad tym się już rozpływałem, wielki powrót Jezioraków. Co prawda, padnowie trochę przyspieszyli i zdecydowanie poszli w oszczędność, ale numery z tej EPki to killery. Tak na marginesie, po roku zajeżdżania na śmierć niemal wiksiarskiej pętli syreny z 258B tak sobie myślę, że najciekawsze rzeczy dzieją się ostatnio w deepach które śmiało flirtują z transami – cheesy melodyjki, nieortodoksyjne dla głębinowców tempa >130, syreny, okazyjne pianinka… słychać to wyraźnie w setach i produkcjach Acronyma czy nthnga (tu -> gra Buurena).

[SPAZIO 003] Marco Shuttle – Flauto Synthetico EP

Marek Promek – niezły ziomek, więc wiadomo lipy nie ma. Doskonała pętelka, niepokojące dzwoneczki i niepodrabialne, miękkie brzmienie Shuttle’a. Jak to piszą na zachodzie – TIP.

[SPAZIO 007] Crossing Avenues – Malandra EP

Tu z kolei perełka chyba najciekawsza, bo nie od oczywistego faworyta. CrossingAvenue to eksperymentalny włoski muzyk – i tyle o nim wiadomo. Za to jego EPka to przepyszne offbeatowe techenko w stanie nadciekłym, sowicie podbite kawalkadą miękkich klapów i dzwoneczkami, przemiła niespodzianka.

*jak nie znacie żartu o perle, dajcie znać na priv


Twardy rdzeń

[SPAZIO 004] Mike Parker – Undulating Frequencies

[SPAZIO 005] Modes – Scenario
[SPAZIO 006] Mike Parker & Donato Dozzy – Paramagnetism
[SPAZIO 008] Voices From The Lake & Svreca – Beween the Lines

Solidną bazę wydawnictw Spazio stanowią cztery typowo toolsowe EPki, które pozwolę sobie omówić zbiorczo. Zasadniczo nigdy nie byłem wielkim fanem Parkera (konia z rzędem temu, kto nigdy ukradkiem przy nim nie ziewnął), więc i tu się nie ekscytuje, ale chylę czoła przed żelazną konsekwencją – numery z EPki solo to bezkompromisowe, lodowate wiertełka. W duecie z Dozzym słychać zaś wyraźnie jak Włoch podkręca tempo i przełamując nieco sieriozną monotonię Parkera rejwową melodią, rodzem ze SPAZIO001.
Najciekawszą EPką z tego bloku znów jest materiał od producenta praktycznie nieznanego – niejaki Modes z początku łupie głucho, a niemiłosiernie, potrafi jednak grubo ciosany monolit urozmaicić eterycznym, nieco upiornym tchnieniem, brzmi to wręcz jak Northern Electronics.
Najbardziej bezkompromisowo prezentują się zaś w tym zestawie Jezioraki w trio ze Svrecą, na długie minuty schodząc w typowe dla Hiszpana quasi-dronowe głębiny. Ciekawostką jest pojawiający się w jednym z numerów sampel wokalny (z filmu przyrodniczego?) – z pewnością najbardziej ludzkie doświadczenie w bezkompromisowym dorobku Svreki.



[SPAZIO 009] Marco Shuttle – Systhema

Na koniec, zgodnie zresztą z chronologią, zostawiłem najnowszy album Marco Shuttle. To, że szefd doskonałego Eerie zdecydował się wydać LP w Spazio Disponibile to nie tylko nobilitacja dla młodego labelu i wyraz szacunku dla włoskich kolegów, ale przede wszystkim otwarcie na nowy kierunek. Fantastyczny materiał od Włocha w niewielkim tylko stopniu spełnia parkietowe wymogi, większość albumu wypełniają numery do słuchania – jak jednak dalekie od typowych ambientowych zapychaczy spotykanych na większości długograjów z gatunku. Od upiornego, filmowego ‚Thebe’, przez plemienne ‚Eris’, po składające hołd analogowej psychodeli ‚Venera’ i nostalgiczny ambient ostatnich tracków, całość charakteryzuje niepodrabialny sznyt Shuttle’a – elegancja brzmienia, talent do melodii, dbałość o szczegóły. Na albumie nie zabrakło też obowiązkowej wkładki mięsnej z przeznaczeniem na parkiet (żeby didżeje kupili), ale i ona nie zawodzi, Marco dostarcza tutaj psychodelicznych killerów podobnych do materiału z 003.



Właśnie otwarcie na eksperymentalny album Shuttle’a, czy kilka perełek wspomnianych na początku pozwala mieć nadzieję, że profil Jezioraków może być szerszy niż taśmowa produkcja głębinowych toolsów. Nawet jednak jeżeli się tak nie stanie, są to – przyznajmy uczciwie – toolsy najwyższej jakości, a z obecnego katalogu Spazio już teraz możnaby zmiksować dwugodzinne tarzanko w wodorastach.

Ach,  002 mnie znudził strasznie, pierwszy raz jak nie mogłem się do Dozzy’ego przekonać, toteż i o nim nie piszę.

Na wallu wydawnictwa widać już teaserek „dziesiątki”, nic więcej jednak o niej na razie nie wiadomo.


A na koniec coś z nieco innej beczki, na potwierdzenie, że Marco jest donem posłuchajcie jak miksuje Bolero, Autechre i jakieś indiańskie piszczałki w podcaście dla XRL8R:

Rzut uchem – Midgar

Zwykły wpis

midgar2

Nie po raz pierwszy  poboczny projekt wydawniczy przerasta label-matkę. Podlabel Natch Records za cel postawił sobie dostarczanie brzmień „świeżych i naładowanych pozytywną energią”. I dostarcza, oferując przy okazji muzykę ciekawszą i bardziej zróżnicowaną niż sieriozny do bólu Natch.
Midgarowe brzmienie, wbrew nordyckiej nazwie, stroni od chłodu, stawia raczej na miękkość, drive i psychedelię. Wsystko oczywiście w ramach idiomu techno – tutaj akurat deklaracje o sięganiu po downtempo i ambient są raczej kokieterią, bądź wybieganiem w przyszłość. Dwie postaci definiujące Midgar – zresztą stali goście listy wydawniczej labelu – to Ruhig i Wata Igarashi, co daje dodatkowe wyobrażenie o charakterze muzyki z młodej oficyny: włoskie głębia i ciepełko spotykają „postvanhoesenową” psychodelkę.


[MDG001] WATA IGARASHI – JUNCTIONS EP

Wyśmienity debiut labelu. Cztery zróżnicowane numerki od mojego najnowszego ulubionego producenta. Wybija się subtelnie podkwaszony „Flare” i energetyczny „Summon” i wykręcony numer tytułowy. Całość z niepodrabialnym drajwem Igarashiego. A będzie jeszcze lepiej


[MDG002] RUHIG – LOST IN THE INSTABILITY EP

Ruhig – łagodniejsze wcielenie Audiolouisa z Natch – debiutuje na Midgarze śliczną, delikatną EPką. Pogodna melancholia numeru tytułowego, analogowe kumkanie basów w tle odsyłają do najlepszych włoskich ziomków Ruhiga. Numer kradnie show, ale wybijają się jeszcze „Pulse Width” i „Alba” – ten drugi praktycznie ambientowy. Zwykle tego typu tracki są zapchajdziurami – tutaj przyciągają uwagę do brzmieniowej maestrii producenta


[MDG002X] va – LOST IN ISTABILITY REMIXED 

Bez niespodzianek. Solidna, warsztatowa robota z mocnymi znakami rozpoznawczymi od każdego z remikserów – hipnotyczny, nieco monotonny drajw Edit Selecta, dekdencka psychodelia Waty i zamułki Syntheka. Wyróżnia się śliczna, rozdzwoniona interpretacja „Alby” w wykonaniu Tozzy’ego.


[MDG003] CLONED – SAPPHIRE 1990 EP 

Znaliście kiedyś jakiegoś producenta z Malty? To już znacie? Na tle Midgarowych perełek nic tu niezwykłego się nie dzieje, ale kwasowe wygibasy w wyjebkowym tempie zawsze mile słyszane, nawet jeżeli po siedmiu minutach z tracka zapamiętuje się tylko ciekawie piaszczyste hi-haty („Submerging”).


[MDG004] RUFF CHERRY – RITUAL EP

Tytułowy track debiutu nieokrzesanej wisienki zapowiada naprawdę ciekawe wycieczki – wykręcone post-afrykańskie, post-shackletonowe perkusjonalia przyprawią o ból głowy najlepszego DJ-a. Niestety, ekspreymentalna jest równo połowa materiału – „Ritualsom” dostaje jeszcze retropsychodela „Mysterians” (wideo z kaszuszkami), reszta to solidne meh/10


[MDG005.1] RUHIG – PARTICLES

Przyznam, że pogubiłem się tu trochę z numeracją (a właściwie z kolejnością wydań), ale pal to siedem. Choć wydaje się momentami, że Ruhig zbliża się do głębinkowego banału (a.k.a. spróbuj przesłuchać poza parkietem album Edit Selecta), to wybijają tu z niego perełki ambientowe („Etere”) czy wręcz drum’n’bassowe – jak w numerze tytułowym.


[MDG005.2]RUHIG – MATERIA EP

 To chyba moja ulubiona pozycja z katalogu Midgar, choć niedługo dojdziemy do jej mocnego konkurenta. Śliczne, organiczne perkusjonalia (komu jeszcze „Trento” przypomina tracki Amandry?), niebanalna głębia i pulsujący drajw czynią z Materii nie tylko wzorowy pakiet toolsów, ale rzecz której sie po prostu świetnie słucha. Mam zresztą wrażenie, że wajb z „Materii” mocno przebija z fantastycznego podcastu któy Ruhig nagrał dla ziomków z Lost in Ether – sprawdźcie to, cudowny set!


[MDG006] WATA IGARASHI – CIPHERS EP 

Wychodzi na to, że cały Midgar mogliby spokojnie opędzlować Ruhig z Watą pospołu. No i dobrze. Druga EPka Japończyka to najprzedniejsze wznoszące toolsy we wszystkich odcieniach psychodeli. Tym razem bez oczywistych hiciorków, ale tutaj liczy się użyteczność.


[MDG007] VON GRALL – A SECANT LINE EP

Minimalizm któy nie nudzi. Doskonale hinpotyzujące pętelki -monotonne – a jakże! – ale dzięki ciepłemu, miękkiemu brzmieniu całość nie tumani, nie przestrasza. A Von Gralla warto obczajac swoją drogą – choćby ze względu na materiał dla Semantiki.


[MDG008] SHADED EXPLORER – EMERALD WEAPON EP

 Drugie z moich ulubionych Midgarowych wydwnictw i jednocześnie znak, że ktoś tam w Natchach ma bardzo podobny gust do mojego. Shaded zrzucił mi szczenę pierwszym albumem dla Silent Season i poprawił kapitalnym analogowym lajwem w ramach Tresorowych „New Faces”. Przy okazji – ptaszkowie ćwierkajo, że niedługo zawita do Polski. Jego wydawnictwo dla Midgar łączy subtelności, ćwierkania i szumy z parkietową funkcjonalnością.


No i to by było na tyle. Midgar konsekwentie ciągnie w swoim kierunku i serwuje niebanalne, miękkie techenka z nieprzesadną dawkąmroku i podbioderkowym smyrnięciem. W przyszłości z przyjemnością usłyszałbym od nich np.interpretację okolic house’owych, gościnny występ Van Hoesena, kombo Ruhig/Wata czy wręcz całe LP od któregoś z nich. Na razie zadowolić się jednak  muszę sneak preview „dziewiątki” w wykonaniu Von Gralla:


Dobra, to jeszcze nie koniec. Skoro na następną notkę każę pewnie czekać kolejnych pare miesięcy to wypada tutaj zostawić jakiś secik. W takim razie – pozostając w temacie – psychodeliczny Wata (do uszu):

Oraz wspominany już wyżej doskonały Ruhig dla warszawskiej ekipy:

wakacje z duchami

Zwykły wpis

980xObijałem się całe lato. Obijałem się na Atonalu. Nie pojechałem na Taurona słuchać jak Robag gra Moderata. Niewiele słuchałem, więcej czytałem i nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. Coś tam jednak w ucho wpadło. Wakacyjna lista od czapy, zero świeżynek, sporo oczywistości, nie dowiecie się nawet czym jest pagan gospel.

Serpent with feet – Blisters [TRIANGLE]
Chyba największe zaskoczenie w wakacyjnej playliście. Jeżeli koleżka nazywa się Josiah Wise, a i tak odczuwa potrzebę wymyślania sobie efekciarskiej ksywy (czy wręcz całej sceny – „pagan gospel”, jak dla mnie to soul / r’n’b, ale co ja tam wiem) to może sugerować to ciężki przypadek raczyska kreatywności. Ale dość już o wrocławskim raperze-publicyście, Serpent to ciary na plecach, nieheteronormatywny sopranik, lovesongi o kochanku z depresją i ocean emocji bez kropli sacharozy. W produkcji maczał paluchy Haxan Cloak , co słychać wyraźnie w monumentalnych partiach instrumentalnych, dawkowanych na szczęście oszczędniej niż na również produkowanym przy udziale Haxana ostatnim albumie Bjork.


Segue – Over the mountains [SILENT SEASON

Nie jest to niestety aż tak dobre jak ‚Pacifica’, ale zachowuje ducha i brzmienie tego genialnego krążka. Ciepłe, organiczne dub/ambient techenko.Brzmienie niepodrabialne, ale biologiczna samploza zbliża się momentami niebezpiecznie blisko kiczu (te zapętlone nawoływania ptasząt…).


Hieroglyphic Being – The Discos of Imhotep [TECHNICOLOUR]

Najpewniej najjaśniejszy punkt tegorocznego tarłona, nie wiem, nie było mnie, ptaszkowi tak przy studni ćwierkają. Dziewięć pojebanych kwasowych jamów, czapki z głów jeśli ktoś to będzie miksował. Analogowe brudy, kwadratowe basy i niby-nieporadne melodyjki. Miód.


Taylor Deupree – Untitled [VALENCE]

Jak tytan z 12k bierze się za techenka to wiadomo, że będzie ciekawie. Tracki ze strony pierwszej to eksperymenty z konwencją, przesunięcia fazowe, surowe brzmienia, coś jak „techno” eksperymenty z Pommasl czy Raster-Notonów, zanim się wszyscy znudzili. Czyli tracki z cyklu b2b z nielubianym kolegą. Na drugiej stronie odpuszczamy sobie artyzm i dostajemy ściśle funkcjonalne remiksy – wygar od RODa i prześliczny, subtelny numer Marco Shuttle’a: eteryczna melodyjka w służbie perfeksyjneego drajwu, ‚Dawning’ samo przychodzi do głowy…


Marco Shuttle – Flauto Synthetico [SPAZIO DISPONIBLE

… a jeżeli już o nim mowa (tj. o Marku Promie, nie o klasyku Dettmanna i Klocka) to nie sposób pominąć trzeciego wydawnctwa z labelu Voices From The Lake. Trzeci strzał, trzeci trup („dwójkę” Dozzy’ego tylko wspomniałem w zapowiedziach, sorry Donek). Numerki z absolutną wyjebką na parkietowe standardy (no, może poza A2), za o pełne pomysłów, nieoczywistego drajwu i oczywiście – melodii, znaku rozpoznawczego Marco.


Norin -Reflekterar [POSH ISOLATION]

Nie wiem jak się to stało, że nie było tu jeszcze traków z wyniosłej izolacji, ale już jest. Śliczna, eteryczna EPka od Norina – długie, gęste, hipnotyczne tracki. Leśne techno nocą.


Daniel Avery – Sensation / Clear [PHANTASY SOUND]

Efektowna dwójka (pun intended) z remiksami od największych. Żaden nie zawodzi, próbka stylu. Wybieram igiełki od Rrosa, o Abdulli popiszę następnym razem bo wyszedł świetny składak od NE i jeszcze go odsłuchuję.


To skąd wiem, że świetny? Ano, dlatego


Oloo DB – Central Line [Oloo:Rec]

Na koniec świeżynka. Właśiwie self-release, cztery wysoce funkcjonalne, długie, wkręcające build-upowe narzędzia. Brzmienie kojarzy mi się z najlepszymi momentami Vrilowego ‚Torusa’, podobnie przenikający całość narkotyczny drajw. Stonowana pompka dla kumatych


Na koniec, zamiast zwyczajowego seta – improwizowany kwaśny dżemik. A o Sarathym Korwarze jeszcze będzie.


No i to by było na tyle. Coś tam na pewno pominąłem (np nowego Sienkiewicza i Wolskiego), będzie. Nowy Mala bez szału. Acha, wiem, że jest nowy LP Acronyma. Przesłuch w trakcie

 

Umaić, albo miesiąc włoski w Lidlu

Zwykły wpis

self-mythology-950x530W maju poszło sporo nieco bardziej wykręconych rzeczy, jakieś kwasiwa, szczypta hiciorków. Wyjątkowo mocna reprezentacja Włochów (bo jeszcze przecież Dozzy i perełki minimalizmu [przewińpodetale]). Za osiągnięcie poczytuję sobie to, że w końcu przekonałem się do Pro8l3mów (K-Pax!), ale o tym akurat pisali bardziej oblatani w temacie dyletanci, więc nie będę strzępił paluchów. Do notki wkradło się też już kilka rzeczy z ostatnich dni, ale temu jasnowidztwu na imię prokrastynacja, ostatecznie jesteśmy już po kolana w miesiącu czerwia.


Tom Dicicco – Shadows & Teras EP [DELSIN]

Dicicco nie rozpieszcza słuchaczy ilością wydawnictw, ale zawsze warto na nie czekać. Jego debiut dla Delsina to chyba mój ulubiony rilis z maja. Lekkość żeniona z dosadną stopą, chłodna elegancja chordów z delsinową chropowatością. EPkę zamyka przepiękny, złożony Fallen Spaces. TIP.


Boston 168 – Laq02 [ATTIC MUSIC]

 Kwasa wrzucamy z głową.


Le Matos – Turbo Kid OST [self-release]

Ejtisowy soundtrack do doskonałego, nostalgicznego filmu o chłopięcym dorastaniu (sprawdźcie go koniecznie, btw -> <click>). Kanadyjski duet electro świetnie czuje klimat, this shit is on fire. Stężenie patosu niemiłosierne, ale wybaczalne, w końcu to soundtrack do postapokaliptycznego filmu o nastolatku na beemiksie i robotach, czy może być coś wznioślejszego?


Jorge Velez – Animals Disk [L.I.E.S.]

Chyba mój ulubiony z bardziej wykręconych reprezentantów kłamczuszków. Pięć dźwiękowych miniaturek z totalną wyjebką na parkietową użyteczność, za to z intrygującymi brzmieniami i analogowym ciepełkiem. Za krótkie, trzeba zapętlać.


Shlømo – The Rapture EP [ARTS COLLECTIVE]

Prawdopodobnie hicior lata. Wszystkie numery niezłe, ale wiadomo, że liczy się tylko linkowany remiks Emmanuela. Struktury rytmiczne i chropawe brzmienia bezbłędnie wskazują na nową szkołę francuską, jednak naprawdę ciekawie się robi kiedy wchodzą epickie, transowe synthy. Ciągle nie jestem pewien czy ten numer jest cheesy w dobrym, czy złym sensie, ale zastanawiam się tak już od kilkudziesięciu przesłuchań, a w międzyczasie kupiłem placka.


Meta – Ambienti vol. I [KABALION]

Hołubiony już przeze mnie sublabel Hypnusa powraca do rytualnych klimatów. Cztery przyzwoite plemienne pętelki ze zdrową zawartością ambientozy. Każdemu jego toolsy.


Lucy – Self Mythology [STROBOSCOPIC ARTEFACTS]

Lucynka odważnie i do przodu. Zgodnie z przewidywaniami, na najnowszym albumie dla SA nie znajdziecie ani jednego przewidywalnego 4×4 bangierka, ale i nie będzie Wam go brakować. Mrok bez zamuły, plemiennie perkusjonalia bez banalnych klisz, syntetyczna niedookreślona etniczność bez tandetnej samplozy. Od czasu do czasu technołojanci chcą zaprezentować nieco bardziej artsy stuff, efektem czego często są rozwleczone ambienty bez polotu (vide: lajwy ekipy Northern Electronics na zeszłorocznym Atonalu), jednak to nie przypadek Lucka. Leśne techno dla koneserów.


Peter van Hoesen – Quadra EP [DEKMANTEL UFO SERIES]

Promocyjny zabieg holenderskiego festiwalu – sublabel promujący jedną z jego scen. Listę otwiera niezwykle trafnie Van Hoesen – reszta tracków nic specjalnego, ale numer tytułowy to przepiękny, wykręcony sztos. Tak, ja wiem, że to nieco bardziej pompujący klon Axis Mundi, ale robi niemniej.



Na koniec, tradycyjnie, sety:
Czarny koń ze Szczecina. Co za drajw, co za selekcja! Trochę zdrowego łupania, mięsisty środek, ale przede wszystkim – po fińsku wykręcony, niepokojący finał. Warto śledzić tego koleżkę, szkoda, że od siebie bliżej mu do berlińskiej Areny niż do małopolskich piwnic.

Co tu się odfranciszkowuje?! Rodzimy podcast od reprezentanta niezwykle interesującego Midgar (któremu, swoją drogą, należy się osobny tekst). Niebanalny miks, świeża selekcja, sunie jak dobry analogowy live (i przywodzi na myśl podróże Vrila). Skąpo wydzielana tracklista to kopalnia diamentów (i niezła reklama dla labelu). Acha – Ruhig jest Włochem, bez zdziwka, nie?


No to na koniec bonus wprost z intrygującego walla nieocenionego Plewickiego – dziewięć pereł włoskiego minimalizmu z lat siedemdziesiątych. Przystępniej i chyba ciekawiej niż w wersji Cage’a, a na pewno okładki lepsze.

Tutaj całość:
https://blogthehum.wordpress.com/2016/03/30/the-obscure-brilliance-of-italian-minimalism-in-nine-albums/


A, niech będzie, w bonusie jeszcze dwa ciekawe filmy (o Turbo Kid już wspomniałem wyżej). Jedna świeżynka, jeden klasyczek:

1979-and-justice-for-all

„…I sprawiedliwość dla wszystkich” (Norman Jewison, 1979)

Stylowy dramat sądowy z mojej ulubionej dekady amerykańskiego kina. Al Pacino musi bronić dość obleśnego sędziego oskarżonego o gwałt. Arcyciekawy konflikt etyki osobistej i profesjonalnej plus zniuansowane, wielowątkowe tło społeczne.

skarb_b1-e1463053609938

„Skarb” (Corneliu Poromboiu, 2015)

Slow Cinema X Nowa Fala Rumuńska X bracia Coen. Zabawna, snujska czarna komedia z rozwleczonymi gagami i mocnymi wątkami ekonomicznymi. Śmieszne i świeże. Typ zrobił też „12:08 na wschód od Bukaresztu” i arcysnujskiego, niegłupiego „Policjanta…”, więc jest najwyraźniej przekozakiem.

srecień – dupecień

Zwykły wpis

ArtworkDobra, krótko i powierzchownie, za to nadrabiam ilością. Ale dość o moim pożyciu. W kwietniu słuchane było między innymi:

 

Kim Brown – Wisdom is a Dancer [JUST ANOTHER BEAT]

 Korzenny deep house z duszą i bez sacharozy. Lekki, świeży album na wakacje, aż dziw, że panowie do tej pory niespecjalnie rozchwytwani, pomimo dwóch LP na koncie.


Omar S – The Best! [FXHE]

 W kategorii nabzdyczonych tytułów wydawnictwa autor ‚It can be done, but only I can do it’ nie traci pary. I dobrze, należy mu się jak nic. Cudownie zróżnicowany album, który śmiało porównać można do równie szeroko pomyślanego ‚American Intelligence’ papcia Parrisha. Pozbawione beatów recytacje Ampa Fiddlera sąsiadują tu z surowymi parkietowymi sztosami, psychodelicznymi melodyjkami, chłodnymi dubtechnowymi chordami, sporą dawką kwasu i samplami z disco. Do tego zacna plejada gości (Norm Talley, Kyle Hall, Big Strick) i szczypta nostalgii za złotą erą Detroit. Pouczające, przekrojowe, a przede wszystkim – bardzo, bardzo dobre.


Naphta – 7th Expedition [TRANSATLANTYK]  Debiutancki album piekielnie zdolnego koleżki z Wrocławia to trudna do zdefiniowania mieszanka hip=hopowych beatów, psychodelicznycjch wtrętów jazzowych (takich po linii Sun-Ra) i poniekąd house’owego bujanda. Nie są to może parkietowe killery (choć w rękach sprytnego DJ-a mogą zadziałać świetnie), ale słucha się tego wyśmienicie i w kółko. No i miło w creditsach zobaczyć żywych muzyków, a nie samplozę, papcio Parrish approved.


Konono No. 1 meets Batida [CRAMMED DISCS]

 Weterani z Konga podrasowani przez DJ-a z Angoli. Echa bass music i kuduro, ale w służbie brzmień tradycyjnych. Odjechany zestaw perkusjonaliów (w dużej mierze będącej owocem inwencji członków zespołu), elektryczne likembe i gęstwina nieidentyfikowanych instrumentó i głosów łączą się w niezwykle energicznej, gorącej mieszance. Radosna rzecz.


Voices from the Lake – Second Tempo [SPAZIO DISPONIBLE]

 W końcu wyszło! Od hipnotycznej ‚Ibridy, przez zaskakująco energetyczne ‚258B’, aż po o monumentalny track tytułowy -jezioraki nie zawodzą. Fascynujący, zróżnicowany materiał. Kiedy następne LP?


 Avalon Emerson – Whities 006 [WHITIES]

 A, jakoś mi wyleciało z głowy przy marcowej rekapitulacji, zupełnie niesłusznie. Przystępna, radosna i świeża elektronika z wpływami electro i uroczymi orientalistycznymi powiewami.


Mall Grab – Sun Ra EP [CHURCH MARBLE]

 Czyli ból głowy Cymana. Gwóźdź programu – ‚Can’t’ ze słodziasznym samplem z Alicii Keys dorównuje nieśmiertelnej wersji Mali i sprawia, że EPka sprzedaje się na pniu. No i nie dziwota, tym bardziej, że wszystkie trzy pozostałe tracki też są warte odsłuchu.


Waitress – Copy 1 [TAPE ARCHIVE]

Obskuranckie blog techno/house w obowiązującym stylu: brudno, analogowo, ale z duszą i pewnym smuteczkiem. W linkowanym tracku super pekusjonalia, jak z ‚Margareten’ Hasslama.


CTRL S – Nonuser [TOKEN]

 Surowa, bezkompromisowa petarda, ale z głową. Zgrzyty, piski, glitche w tempie podchodzącym pod 130bpm.


Shlomo – Rechaim remixed [BRIGHT SOUNDS] 

 Boskie remiksy świetnej EPki jednego z moich ulubionych producentów. Wyróżnia się autoremiks szlomiksa i chrumkający walec od Dozzy’ego. Aj waj!


va – Nonnative 08 [SEMANTICA]

 Zestaw przyjemnych toolsów -wyróżniają się  energetyczna sprężynka od Abstract Division i cudownie narastający, kwasowy numer Wata Igarshiego.



Na koniec dwie intrygujące zapowiedzi:

Mala – Mirrors [BROWNSWOOD]

OK, tym to się jaram. Król powraca i nie chodzi mi tu tylko o Popka. Po Kubie Ostatni Sprawiedliwy dubstepu przenosi się do Peru i nagrywa z tamtejszymi muzykami. Tyle wiadomo, LP wyjdzie w czerwcu, a ja tym razem przezornie zapiszę się na preordery.


Donato Dozzy – That Fab [SPAZIO DISPONIBLE]

Na pierwszy rzut ucha nic wyjątkowego, ale każdy nowy numer od Donka cieszy mnie niezmiernie, tym bardziej, że zapowiada si, że nowy label będzie wydwał z jakąś sensowną częstotliwością.

 

 

W marcu jak w starcu

Zwykły wpis

paul-jebanasam-continuum-album-dec-15Czyli wychodzi na to, że eklektycznie i nieco nie na czasie. Nie?

Paul Jebanasam – Continuum [SUBTEXT]

 Na okładce elegancki reaktor do fuzji termojądrowej, a w środku power ambient. Power – jarzycie? Hue hue. Śmieszkowanie na bok – drugi album Lankijczyka o wdzięcznym nazwisku dorównuje olśniewającemu ‚Rites’. Złożony z trzech kompozycji długograj zaprezentowany został po raz pierwszy na ubiegłorocznym Atonalu, na szczęście i poza monumentalną halą Kraftwerk dźwiękowe katedry wznoszone przez Jebanasama prezentują się równie imponująco. W porównaniu z poprzednim albumem wyraźniej słychać tu bassowe korzenie producenta, spokojnie jednak – nie ma tu miejsca na łupany syntetyczny banał spod szyldu „zguba Tobina”; brutalizm manifestuje się tu raczej w bezkompromisowym rozszarpywaniu anielskich padów granulowanym noisem. Właśnie te momenty rozpreżęnia i ambientowych tak-bardzo-uduchowionych tchnień wypadają nieco słabiej, na szczęście Jebanasam szybko i po chamsku  zasypuje te muśliny żwirem. Weźcie ten album na majówkę, puśćcie pannie nad jeziorem.


Wacław Zimpel – Lines [INSTANT CLASSIC]

 Nie jestem w tych tematach za dobry, ale przeca słyszę, że to śliczne, złożone i mądre. Nowy rodzimy pieszczoch Quietusa solo znacznie spokojniej niż z Herą. ‚Lines’ to eleganckie puzzle dla ucha, których złożoność nie razi pretensją tylko sprzyja skupieniu. Gdy umysł kontempluje szczegóły, kontrolę przejmuje instynkt – usłyszałem w reklamówce jakieś fury.


Voices from the Lake / Wata Igarashi – Stealth 2/3 [TIME TO EXPRESS]

Zupełnie niespodziewanie na splicie dla wytwórni Van Hoesena wygrywają nie Jezioraki, a stosunkowo mało znany producent z Japonii. Jego ‚Night’ ze strony „B” to cudowny tool z wyjątkowo efektywną progresją,  przyjemnym brzmieniem i dyskretnym kwasiwem w kulminacji. Dla nieco mroczniejszego groove’u sprawdźcie nową epkę Igarashiego dla Midgar.


Amandra – Drachme Tolosate EP [AHRPE]

Osiadły chwilowo w Polsce Francuz (pod skrzydła wziął go stołeczny BTS, ptaszkowie przy studni ćwierkają, że w grodzie Smogu będzie go można usłyszeć na początku maja) z najobfitszym jak do tej pory self-releasem (samo-wyd brzmi lepiej, nie?). Niesztampowe podejście do formuł dubtechno, nowocześnie złamana ramka 4×4,  zjadliwa proporcja smoły i lekkości i niesamowite brzmienie takiego ‚Selocine’. Perła. Nie zabrakło też nieco bardziej przydrajwionych toolsów (‚Lutecia’) i klasowego remiksera w postaci Evigt Mörkera.


Etapp Kyle – Continuum EP [UNTERTON]

Dobra, czy to się nie robi już nudne? Śliczne te melodyjki jak nie wiem co, drajw się zgadza, hi-haty sypkie jak dieta Villalobosa. Pod egidą sublabelu Ostgut numery Ukraińca nie straciły nic ze swojej lekkości i chwytliwości. Byle tylko skubańczyk nie złapał syndromu Recondite’a i nie zamelodyjkował się na śmierć, na szczęście ładunek inwencji na ‚Continuum’ sugeruje, że na razie mu to nie grozi.


Varg – Variations EP [SEMANTICA]

Zeszłoroczne ostatki od Semantiki. Varg, jak zwykle, nie zawodzi, chodź tym razem najweselszy blackmetalowy wujaszek techno pociska jakby nieco łagodniej – dość powiedzieć, że tym razem potencjał parkietowy z jego produkcji wyciąga dopiero znany wandal Abdulla. W ramach ciekawostki niebanalny edit od Hypnobirds.


Romansoff- Inifite Dreams [MÖRK] 

Sublabel Homara nie zwalnia tempa i nie schodzi z poziomu. Za „piątkę” w katalogu odpowiedzialny jest Romansoff (Rumun z Raw Tools). ‚Inifinte Dreams’ to cztery cieplutkie, miękkie numery w sam raz na początek wiosny. Emblematyczne brzmienie Mörk – wyraźnie maźnięte housem senne, analogowe techno – tym razem przegina się w stronę house’u jeszcze mocniej. Do tego wyjebkowe pady w tle, analogowe perkusjonalia i bezspinowa atmosfera. Miód.


v/a – Disco Halal vol.1 [DISCO HALAL]

Jak tak ma to wyglądać to ja poproszę natychmiastowąislamizację wszystkiego. Przegapiony przeze mnie haniebnie debiut labelu pod ujmującą nazwą. Sztos za sztosem – od kwasowego ‚Le Gaz Qui Fait Rire’ w edicie dobrze znanych Acid Arab, przez lajtowy ‚Palgey Mayim’, aż po linkowaną perłę. Energia, wspaniałe melodie i nieokreślona nostalgia. A przede wszystkim – świeżość!



Na koniec obowiązkowo seciwo. Tym razem razem live od Vrila – jak nie słyszelście go na żywo to i tak jesteście w dupie, ale tu macie przynajmniej posmak: niepodrabialne chropawe brzmienia, stopa jednocześnie miękka i dosadna, niebanalne konstrukcje:
Invite’s podcast #352 – VRIL